Więc sprawy mają się tak, że żyję w amoku reklamowym. Stale się gdzieś spieszę – do łazienki (biegam, bo muszę, kurwa :P), do pracy, na spotkanie, z oddaniem plików, etc. Jedyne o czym myślę już od świtu do nocy, to: spać. Nooo, spać i jeść, szczerze mówiąc. Ciągle marzę o jakimś dobrym jedzeniu, lekkim i pysznym – naprawdę mam ochę na lekkie i pyszne – i jak już sobie wymyślę, co to będzie, to sklep jest już zamknięty, bo za późno wyszłam z pracy. I tak w kółko. Plusem natomiast jest względny spokój inside, bo jestem tak zajechana, że nie odczuwam egzystencjalnego dyskomfortu.
Troską mą jest pralka, co nam plami ubrania. Od poniedziałku codziennie zaplanowane jest spotkanie u klientki, więc staram się nie być kocmołuchem, a że mam nieznośną tendencję do robienia sobie casual Monday, Tuesday, Wednesday, Thursday and Friday, to szczególnie się starałam wypracować najlepszą wersję siebie, wszakże jestem nową accountką i pierwsze wrażenie jest kluczowe. Kiedy w środę okazało się, że drugie z rzędu spotkanie jest przesunięte na czwartek, to solidnie się zestresowałam, bowiem naprawdę, naprawdę przez tę pralkę mam kryzys ubraniowy! Nabyłam se więc w H&M spodnie i bluzkę w cenie niższej za całość niż przeciętna sukienka z Marksa, i przywlekłam się do pracy z przekonaniem, że teraz, TERAZ, to ja wyglądam ZAJEBIŚCIE. A klientka przełożyła spotkanie. Srsly, skąd mam brać kasę na czyste ciuchy?!
Na Wierzbnie zamieszkał Kamil i stał się maskotką Anny i Maliny. Państwo sobie robią obiadki, rozmawiają o życiu i jedzą tiramisu beze mnie, o co już kręciłam kryptojazdę na fb. Dźwiękiem częstym u nas jest huuuu huuuuu (czyli coś a la sowie pohhhhhukiwanie) i choć nie mogę napisać o kontekście, to niezmienną radość z tego mamy.
Razem łatwiej było nam znieść biedę, w którą popadliśmy na przełomie stycznia i lutego. A była to bieda tak straszna, że dopalaliśmy swoje własne kiepy, drodzy moi, przestępując z nóżki na nóżkę na balkonie, izolując się kocem od tego kurewskiego zimna. Myślę, że w dołu wyglądaliśmy jak dwie buki, huuu huuu, huuu huuu.
W związku z biedą ciągle myśleliśmy, co można ugotować, żeby było tego dużo i tanio, więc serwowaliśmy sobie na przykład makaron z cebulą i serem białym, placki z jabłkami i tego typu plebejskie, jakże smaczne, dania.
Odzyskałam popołudnia i jestem zachłyśnięta masą możliwości, jakie teraz mam. W ramach celebracji spotkałam się z Hallsonem, moją ulubioną domestic goddess offering instant therapeutic assistance ;))) Upierdoliłyśmy muffiny z suszonymi pomidorami i fetą, ożłopałyśmy się wina i spędziłyśmy bardzo miły wieczór rozmawiając o życiu. Ja się ożłopałam bardziej, wnoszę po koordynacji ruchowej, która gdzieś mi się zagubiła – jakkolwiek delikatnie nie starałam się stąpać, to i tak tu coś przewróciłam (butelka u Kamila), tam coś rozpieprzyłam (szafka pod umywalkę), z lekka się potknęłam (pod prysznicem). Całą noc przespałam w ok. półgodzinnych interwałach, budząc się z absolutną paniką pracową (wspomniane na fejsie ‘cromaliny, cromaliny, poprawki do cromalinów’). Wnioseczek z tego taki, że nie mogę pić za dużo, a najlepiej wcale.
No i na zakończenie mój wczorajszy fave:
XOXO :]