30 grudnia 2011

Goście, goście!

A więc święta przeżyłam, a nawet mam się dobrze. Potwierdzam, że jeśli się ma słońce inside - lub chociaż skutecznie się sobie wmówi, że się ma - to ono tam jest i świat jest może nie tyle piękniejszy, co do zniesienia.

Rodzina moja powiela wszelkie możliwe wzorce, spośród których najbardziej dominujący jest ten z teściową i synową, za sprawą czego niemal rok w rok popierdalam z jednej wigilii na drugą (a zdarzyło się również, że na trzecią), co dotychczas skutecznie odbierało mi możliwość przeżywania magii świąt, gdyż najbardziej na świecie nie cierpię być umówiona na konkretną godzinę i przez to wstawać z budzikiem. [Tak, tak, nieważne, o której się umówiłam. Mam taką właściwość, że gdyby nie sikanie, to spałabym bez przerwy, więc jeśli nawet umówiłam się na 18, to wstanę najpewniej o 16.30 i pół godziny się spóźnię. Z góry przepraszam.] Tegoroczne wigilie były jednak zaskakująco przyjemne i jeszcze nie doszłam do tego, czy to kwestia nastawienia mojego czy współbiesiadników. I w sumie nie będę tego rozkminiać, bo skoro było ok, to ok.

Tradycyjnie wigilia była ostatnim dniem spędzonym z rodziną, resztę se przespałam, przechodziłam w piżamie, przeoglądałam filmami, przeleżałam z maseczką, etc. Pierwszego dnia namówiłam Kamila na obejrzenie CAŁEJ sagi Zmierzch dotychczas wydanej na dvd i odbyło się to z sukcesem. A potem jeszcze pyknęliśmy Team America. Obżarliśmy się przy tym jak świnie, choć smacznym domowym jedzeniem, i myślę, że przez to mam do dziś talię bąka i źle sypiam. Drugiego dnia przyjszła Halle Zie, czyli ta, która po sobie zmywa i od razu czyści zlew cifem, oraz Asia, która też zmyła po sobie z raz, ku mojego zaskoczeniu bez końca. Przeżyłam też coś, o istnieniu czego nie miałam pojęcia - ŚWIĄTECZNY SPACER. Gdybym wiedziała, że można wstać od stołu i iść na powietrze, to od kilku lat praktykowałabym to i nie czuła się tak podle! Dziękuję Ci, Halinko, za to odkrycie epokowe. Święta z przyjaciółmi są wg mnie najważniejszą częścią świąt, polecam tym, którzy jeszcze tego nie próbowali.

Za namową Hal sięgnęłam do książki, która mieszka na półce już jakieś sto lat i proszę, oto cytat, który do mnie dziś z tej książki krzyczał:

K: Ja nauczyłam się z uwagą patrzeć na to słynne pierwsze wrażenie. Ono się potwierdza albo nie, bo jak się ma dużo czasu i daje dobre warunki na otwarcie się i na otwartą komunikację, to często zaskakuje nas, ile w ludziach jest przemyśleń, otwartych postaw, własnego zdania, całkiem nieszablonowej dobroci, ile życzliwości i czułości, gdy czują się bezpiecznie. Więc trzeba sobie dać - albo warto sobie dać - czas, żeby to się mogło rozwinąć albo żeby sprawdzić, czy te zasoby są. Jednak danie czasu nie może polegać na tym, że przebieramy nogami, bo chcemy już! I tupiemy, że to się jeszcze nie spełniło. Oczywiście, powstaje tu też pytanie, czy chcemy inwestować w coś, co z góry nie ma gwarancji. Bo może wolisz dostać, co ci dają, żeby chociaż to mieć przez chwilę.

E: Ale mogę też pójść szukać kogoś, kto od razu będzie lepiej rokował.

K: Niekoniecznie tak łatwo jest go znaleźć. Myślę, że tu nie ma odpowiedzi, czy to jest sprawa przypadku, losu czy dobrych energii, które się rozpoznają, gdy spotykamy ludzi dla nas łatwiejszych niż inni. Jest co prawda coś takiego, że gdy człowiek się rozwija i coraz pewniej czuje w swoich wyborach, to rzeczywiście jakby szybciej rozpoznaje ludzi, z którymi będzie mu łatwiej i przyjemniej; w tym sensie to spotkanie zaczyna się od razu na wyższym pułapie.

E: I pewne rzeczy są już wiadome.

K: Tego wam i sobie życzymy: żebyśmy więcej spotykały takich ludzi, z którymi szybciej i pewniej można się porozumieć w swoich rejonach, na wspólnych falach, jak to się mówi, tych z naszej książki, półki czy bajki.

To trochę nawiązuje do mojej jeszcze licealnej refleksji, że wszystko się wydarzy, GDY PRZYJDZIE CZAS. I że porządek inside jest źródłem dobrej energii, która elektryzuje w kontakcie bezpośrednim, jest prawdziwa, szczera, niewymuszona i przyciąąąąąąąąąąga, przyciąga bardziej i bardziej. Takie też mam noworoczne postanowienie - że będę się wewnętrznie porządkować.

Tymczasem jednak porządkuję otoczenie, bowiem jutro przybywa gość z Poznania. Ogarnęłam kuchnię, jestem przed łazienką i Bóg potwierdzi, że nawet na święta nie sprzątam tak dokładnie :)

Koniec roku zaskakuje. Mam poczucie, że wszystko się ułoży. Bo jest praca w końcu, więc spokój odczuwam, muszę tylko przeżyć styczeń, mający w mojej głowie nazwę 'Miesiąc Bez Wypłaty' / 'Nie mam na raty bankach'. W Spencie udało się ogarnąć sprawy po mojej myśli. Zbliża się zaskakująca i eskscytująca wizyta R z Posen. No i sylwester w wielce wyjątkowym towarzystwie.

Do zoba w Nowym, Kochani, cmok-cmok. Bawcie się grzecznie, bezkacowo, nie puszczajcie z obcymi ;)

20 grudnia 2011

Have yourself a merry little Christmas

Uwaga, uwaga, zaszła w środeczku Sęta zmiana nie do przecenienia. Opętał mnie duch świąt, co się NIGDY nigdy nigdy nie zdarzyło.

A to było tak...

Tradycją coroczną odkąd mieszkam w Warszawie jest świąteczny wieczór. Pierwszy odbył się zimą 2005 rok w klaustrofobicznym mieszkaniu na Zamiejskiej, w gronie najbliższych ziomów. Odbyła się projekcja, oczywiście, Love actually (dla fanów tłumaczeń, pozdrawiam Was, Halino i Krzysztofie, TO WŁAŚNIE MIŁOŚĆ) oraz Opowieści wigilijnej Myszki Miki, którą, UWAGA,zakupiłam na kasecie wideo. A odtwarzacz pożyczyłam od babci. [Opowieść wigilijna Myszki Miki wzrusza mnie od lat, nawet teraz kiedy o niej myślę to czuję, że mi się płyn za oczami zbiera...] W każdym razie ramy wieczoru pozostają niezmienne - dobre jedzenie i Love actually. Czasem dodajemy pieczenie ciastek, a czasem po prostu pozostajemy przy konsumpcji.

W związku z przeprowadzką i pragnieniem towarzystwa w salonie w mieszkaniu przy metrze, postanowiłyśmy z Anną urządzić przyjęcie. Aby wydarzenie się odbyło, trzeba było założyć wydarzenie na fejsbuku - bo wiadomo, że jeśli czegoś lub kogoś nie ma na fejsbuku, to nie istnieje. W wydarzeniu udział potwierdziło 9 osób, łącznie z dwuosobową grupą organizujących.

Pomimo tego faktu ochoczo zabrałyśmy się do pracy. Anna wzięła na siebie słonycze, ja zajęłam się słodyczami. A. biegała po mieście za uszkami i słoniną oraz tarła gołymi łapami buraki na barszcz, a ja szeleściłam zeszytem z przepisami w poszukiwaniu zestawu idealnego. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Wtedy właśnie opętał mnie duch świąt teraźniejszych. Wtedy zaczęłam słuchać świątecznych piosenek (i trzyma mnie do teraz, w tej chwili leci I'm driving home for Christmas). Wtedy pojechałam do Galerii Mokotów (jak pisze Szczygielski: GALMOKU) i uśmiechałam się do ludzi w kolejkach, byłam serdeczna, zupełnie nie pasywno-agresywna, dzięki czemu sprzedawczyni w Home&You była przemiła i sprawiła, że chodziłam po tej Galerii z bananem na ryju.

Potem przetrzepałam pudła w poszukiwaniu świątecznych akcesoriów i przystąpiłam do wieszania bombek na klamkach okien, rozstawiania świeczek o zapachu mirry oraz rzucania między nie suszonych plastrów cytryny.

W trakcie przyjęcia byłam absolutnie zen, a ci, którzy bywali na Mińskiej wiedzą, że Sęt przed przyjęciem jest totalnym koszmarem. Gości przyszło wielu. Goście pomimo że z różnych środowisk byli, dogadywali się dobrze, gdyż cechą moich znajomych i przyjaciół jest to, że są fajni, a fajni z fajnymi dogadują się spoko.

Do albumu 'magic moments', który mieści się w mojej głowie, dołożyłam grupowe śpiewanie Out of reach z filmu o silly Bridget oraz nocne Polek rozmowy z udziałem najulubieńszej i najmądrzejszej Natalii P., która to jest postacią wyjątkową, ponieważ widujemy się rzadko, a za każdym razem wrażenie mam takie, jakbyśmy ostatnio widziały się wczoraj. Połączenie mózgowo-jajnikowe to jest niechybnie, jakże nieczęste.

Piosenką przewodnią tych świąt jest:



Co ciekawe, znałam tę piosenkę, ale USŁYSZAŁAM ją dopiero teraz. I szczerze mówiąc, chciałabym wszystkim przyjaciołom wysłać kartkę z tekstem tej piosenki. Bez personalizowania życzeń, po prostu to:

Have yourself a merry little Christmas, let your heart be light
Next year all our troubles will be out of sight
Have yourself a merry little Christmas, make the yule-tide gay
Next year all our troubles will be miles away

Once again as in olden days
Happy golden days of yore
Faithful friends who are dear to us
Will be near to us once more

Someday soon, we all will be together, if the fates allow
Until then, we'll have to muddle through somehow
So have yourself a merry little Christmas now

Once again as in olden days
Happy golden days of yore
Faithful friends who are dear to us
Will be near to us once more

Someday soon, we all will be together, if the fates allow
Until then, we'll have to muddle through somehow
So have yourself a merry little Christmas now

(można sobie śpiewać z Ellą)

Dotychczas grudzień był symbolem tego, czego mi brak. W tym roku okazało się, że można to wszystko jakoś odczarować. Że można przejść z fazy:



prosto do świata ze swingowych piosenek świątecznych.

I bardzo bardzo bardzo mi z tym dobrze.

Zatem drodzy, have YOURSELF a merry little Christmas, ściskam świątecznie, całuję w oba cziki pod wirtualną jemiołą. Lots of love ;))

16 grudnia 2011

Jak się rekrutuje w czasach kryzysu

Jak się rekrutuje w czasach kryzysu, to nie wiem, szczerze mówiąc. Wiem natomiast, że ja zaczęłam masową wysyłkę cv w sierpniu, a pierwsze telefony i spotkania mam dopiero w grudniu.

Idąc za radą Szlachcica, staram się być energetyczna i pozytywna, ale nie w nerwowy sposób. Ubieram się raczej w porządku, stosownie do charakteru firmy. Reakcje są różne, albo pozytywne, albo żadne (blank face).

Dzisiejsza rozmowa była naprawdę wyjątkowa. Po wstępnej wymianie informacji i doświadczeń usłyszałam, że moje zadania były powtarzalne i o niskiej jakości, co mnie z lekka wbiło w krzesło. [I tu mam refleksję, o której opowiedziałam już Karolowi i Karoli, a mianowicie: chciałabym mieć taką umiejętność, jaką ma Karol, czyli dodawanie szczypty zajebistości do każdego swojego projektu, choćby była to dwustronna ulotka A6. Trzeba się tego nauczyć, wypracować jakoś czy coś...]

Następnie padło pytanie: a u pani to jak jest? Jest mąż? Na co druga osoba rekrutująca powiedziała: Nie wolno zadawać takich pytań! Jest kampania w telewizji. Na co pan rzekł: NIE OGLĄDAM TELEWIZJI. Na co ja: Jest taka kampania, a kolejnym zakazanym pytaniem jest: czy planuje pan dzieci, jak będzie pan godził obowiązki domowe i zawodowe? Na co pan mówi: no właśnie, planuje pani dzieci?

Zawsze sądziłam, że kiedy usłyszę taką gadkę, to wygłoszę ideolo-mowę, powiem, że to skandal i opuszczę pomieszczenie dumna, że żyję zgodnie ze swoimi przekonaniami. Otóż, niestety, bezrobocie uczy pokory. Więc uśmiechnęłam się, grzecznie powiedziałam, że owszem, planuję, ale nie teraz.

A teraz, po tym wszystkim, to mam niesmak.

15 grudnia 2011

Złośliwość rzeczy martwych, a zwłaszcza broszek z filcu

Ja jednak jestem asem w swojej kategorii. Jak już w końcu rozkminiłam, co założę na jutrzejszą rozmowę, biorąc pod uwagę, że to agencja reklamowa, więc dress code luźniejszy, ale jednocześnie client service, więc też bez przesadnego luzu, i postanowiłam dokręcić moją sukienkę magentową broszką, to okazało się, że nie ma jej. NIE MA! Zajrzałam do torby ze skarami i wysypałam wszystkie na podłogę, żeby dokładnie przeszukać tę torbę, bo tam mieszka ta broszka, potem do każdego pudełka przeprowadzkowego, każdej torebeczki, podniosłam każdego ciucha w szafie, zajrzałam do puzderka z koralami, potem do skrzynki z półproduktami do robienia biżu, wdrapałam się na stołek i z pomocą drewnianego wieszaka wyszarpałam pudło, do którego ręką nie sięgam i je przetrzepałam. I nic. Więc przeszukałam WSZYSTKO raz jeszcze, na koniec zajrzałam do skarpetek. Guess what?

7 grudnia 2011

Kinky bed i inne takie takie

Ej, ja nie wiem, co to za fluidy są w tym mieszkaniu na Wierzbnie, ale ja znów miałam nocny romans. Dziś śnił mi się romans z długowłosym Indianinem, który pachniał słońcem. Nie umiem inaczej nazwać tego zapachu, wiadomo o co chodzi. Jedyne, co trochę niepokoi to wizja zdejmowania jego skóry (tej osobistej, właściwej skóry), żeby wyjąć z niej drzazgę. Potem tę skórę z powrotem na siebie założył. Potem było pięknie, uczył mnie plemiennych tańców, ubawiłam się po pachi. I nie, nie chcę, żeby mi ten sen analizowano, chyba że Halinka, bo ona w tych sprawach daje radę. Może mi wytłumaczy, skąd się biorą te samce ciągle, skoro samcom akurat przypisuję taką paletę cech, która mnie absolutnie zniechęca do sprawdzania zapachu ich skóry.

Mam taki defekt mózgu, który nie pozwala mi się wyluzować, jeśli projekt nie został zakończony. Projekt 'przeprowadzka' zostanie zakończony w chwili, kiedy przekażę dziewczynom z Waszyngtona moje rzeczy na przechowanie i coś mi się wydaje, że do tego czasu będę mieć ciężką głowę. W ramach projektu 'przeprowadzka' nauczyłam się dziś nowej rzeczy. Niby oczywista oczywistość, ale jednak sprzedam światu tę refleksję:

DRODZY MOI, podczas malowania NALEŻY JEDNAK zabezpieczać taśmą malarską listwy podłogowe, kontakty, framugi, etc. Nawet jeśli wydaje się, że wcale nie trzeba, to trzeba, gdyż prędzej czy później przyjdzie ten czas, kiedy wszystko co niezabezpieczone szorować trzeba będzie na kolanach, w pocie czoła. A żmudna i nudna (jak chuj) jest to praca.

A jak już sobie snuję takie refleksje, to jeszcze jedna będzie którą się dzielę na prawo i lewo, nawet jeśli mnie nikt nie prosi. To teraz się podzielę wprost:

Ubrania zakupione w sklepach NALEŻY wyprać. Pamiętam, że kiedyś moja Klonica/Klonka Zofia powiedziała do mnie coś na kształt: 'nie przepierzesz tej bluzki?', na co ja: 'nie, PRZECIEŻ JEST NOWA!'. Otóż, moi drodzy, nic co kupujecie w sklepie z ciuchami i jest ciuchem nie jest nowe. I zrozumiałam to dopiero w butiku u Spenta. 'Nowy' ciuch przechodzi taką drogę od producenta do konsumenta, że naprawdę, naprawdę... opadają ręce. Mało, że te ciuchy macają wszyscy fabrykanci, magazynierzy czy sprzedawcy, to jeszcze lądują one na podłodze jakiś miliard razy, są wypożyczane i zwracane, kupowane i zwracane, a co gorsza przymierzane nierzadko przez takie elegantki, które swój absolutnie wyjątkowy bukiet zapachowy na bazie poliestru zostawiają na tych ciuchach. Więc jeśli ktoś chciałby mieć świerzba czy innego rodzaju problem dermatologiczny, to niech nie pierze swojego 'nowego' ciucha. A jeśli jednak nie chce, to niech korzysta - za free - z dobrej rady cioci Ewy, weteranki handlu, i jednak pierze.

***
A na zakończenie i na zmianę klimatu - piosenka dnia:


Dobrej nocy!

Anonimie, miło Cię widzieć ponownie ;)

Tak na szybko


Nie więcej niż 20 minut spędziłam dziś w Punkcie Obsługi Klienta i w tym czasie przyszł do niego pan Henryk Talar, który otrzymawszy ode mnie fakturę, o którą prosił, rzekł:
Jest pani bardzo miła i bardzo ładna. Proszę się cenić!
:)

***
Dziś musiałam zmierzyć się z piwnicą. Pomimo wielu, wielu przeprowadzek nadal nie potrafię rozstawać się z rzeczami, gdyż sprawą oczywistą jest, że JESZCZE SIĘ PRZYDADZĄ. Wśród rzeczy, które się przydadzą znalazłam: podarte spodnie, kilkanaście za małych biustonoszy, kilkanaście par ostro zdartych butów, kilkanaście par majtek z metkami (sic!), korę z drzewa, o które dawno temu w Rucianem opierali się Czapscy, fragment powypadkowego zderzaka Matiza Majeczki, kilka własnych dowodów osobistych i innych dokumentów ze zdjęciem (legitymacje szkolne, studenckie, karta do BUWu, słynna karta konsultantki AVON), kartę pacjenta z przychodni studenckiej, całą torbę IKEA notatek ze studiów, odcinek przelewu jakże rzadkich alimentów od ojca, etc. Justyna na pewno będzie poruszona kiedy powiem, że Wincenty Kadłubek nie przeszedł selekcji.

A cała selekcja odbyła się dzięki i przy pomocy:

Ani, która zgodziła się odebrać mnie z pracy o 21.30 i jechać na koniec świata pakować kuchnię (w trakcie zmieniłam nasze plany na piwnicę ;))i do tego nagoniła pomocników w osobie Halinki i Czeskiego Piłkarza. Czeski Piłkarz, czyli Kasia,
zgodziła się nie opowiadać strasznych historii w piwnicy oraz cierpiała, kiedy wyrzucałam kolejne bluzy. Halina natomiast bezwzględnie podeszła do rzeczy, którym ja przypisuję wartość sentymentalną i wyrzucała je jak leci. Ja czasem wyjmowałam i jeszcze brakowało tego, żeby mi te moje skarby z łapki wytrącała. I o ile wyrzucanie pamiątek fizycznie mnie boli, to jednak nie mogę odmówić Hallsonowi zasług - gdyby nie ona, musiałabym se zamówić jakiegoś wielbłąda i cały garaż na mój majątek.

Przed północą operacja 'piwnica' została zakończona, dziękuję, dobranoc.
PS. Ciekawostka:

Syllogomania (zespół zbieractwa, patologiczne zbieractwo) – nabywanie lub trudności z pozbywaniem się rzeczy nieużytecznych bądź o małej dla innych osób wartości. Powoduje dezorganizację życia społecznego i zawodowego bądź obniżenie ich poziomu, a także ograniczenie przestrzeni życiowej chorego. W konsekwencji nie może on korzystać z pomieszczeń mieszkalnych zgodnie z ich przeznaczeniem.

Najczęstsze powody zbieractwa:

obawa przed pozbyciem się czegoś użytecznego
poczucie bezpieczeństwa zbudowane na posiadaniu różnych przedmiotów
stosunek emocjonalny do posiadanych rzeczy.

Ilustracja (looks familiar?:P)


6 grudnia 2011

Ostatni kwartał


Cóż, okazało się jednak, że świat się nie skończył po moim odejściu z gpd - ani dla gpd, ani dla mnie.
Okazało się, że przyjaźnie nie rozpadły się w ostatnim dniu mojej pracy.
Okazało się, że z niektórymi z przyjaciół spędzam więcej czasu niż dotychczas.
Okazało się, że toksyczne znajomości są mniej toksyczne.
Okazało się, że można się kimś cieszyć, nie wisząc na nim ciągle - pozdrawiam Karol ;)
Okazało się, że jeśli idziemy starym składem na imprezę, to bawimy się dokładnie tak doskonale jak rok temu i dawniej, czyli z mocą w sercu i kieliszku ;)

PEWNE RZECZY PO PROSTU SIĘ NIE ZMIENIAJĄ. Bardzo mi dobrze z tą myślą, szczerze mnie ona cieszy.

***

A w związku z bezrobociem...
We wrześniu zapożyczyłam się u Ani na sukienkę. W sukience owej miałam chodzić na rozmowy w sprawie pracy. I kiedy już myślałam, że się przeinwestowałam - zaproszono mnie. Trzymać więc kciuki.

A na koniec ciepłe słowo od Art of Copy na FB:


4 grudnia 2011

Wierzbno

Rozpakowałam właśnie większość swojego dobytku i niniejszym jestem mieszkanką biblioteczki Anny R. Po 6 przeprowadzkach własnych oraz 2,5 pracowych nieco udało mi się zoptymalizować proces i dzięki nagłemu olśnieniu swemu (torby IKEA) i doskonałemu pomysłowi Justyny (wiązanie książek zamiast ładowania ich w kartony) udało się przewieźć mój cygański majdan w dwóch kursach autem osobowym + szafa.

Dzień rozpoczął się nazbyt szybko, jeśli o mnie chodzi. Pożegnalna impreza mojej dziewczyny z fejsbuka spowodowała, jak to mawia Szlachcic, wypięcie wrotek i przyznam szczerze, lwia część wieczoru wciąż jest dla mnie mglista. Niemniej jednak pamiętam, że sikając śmiałam się jak opętana z tekstów Haliny, a także okazałam się sprytniejsza od samej siebie i zawczasu postawiłam na stoliku nocnym Alka Seltzer.

Pomoc przeprowadzkowa miała przybyć w południe, zatem uznałam, że najwcześniej wstać mogę o 11.40 i tak też uczyniłam. Katarzyna i Maja rozłożyły szafę i Expedita, no i zapakowały część dobytku. Ja pozostałam w stanie otępienia do śniadanio-obiadu ok. 16 i jedyne, czemu mogłam się poświęcić i było to efektywne, choć zdecydowanie nie efektowne, to wiązanie książek w paczki. Zaangażowałam się w to do bąbli na palcach.

Sajmon, mój rycerz w lśniącej zbroi, dał się namówić w piątkowy wieczór na spontaniczną przeprowadzkę w sobotę, dzięki czemu uratował mój świat, za co dziękuję prosto z kamiennego serca.

Kamil przybył i złożył szafę oraz był towarzyski.

Poza wyżej wspomnianymi osobami są jeszcze inni, bez których przeprowadzka by się po prostu nie odbyła:

Bulon, który odpowiedział na mój fejsbukowy apel torbowy i, co więcej, dostarczył mi te torby. [Tu chciałabym zaznaczyć, że harcerskie przyjaźnie nie mają sobie równych i to jest moja refleksja w tym temacie. A HSR jest chyba w tej kwestii jeszcze-jeszcze bardziej specyficzna, w tym pozytywnym znaczeniu.]

Karol, który na moje jęczenie, że nie umiem, nie ogarniam, przerasta mnie to, nie wiem, jak zacząć, chyba nie dam rady, odpowiedział rzeczowym "Przestań pieprzyć i weź się do pracy, bo samo się nie zrobi!".

Przeprowadzkowa Grupa Wsparcia - Halina, Ania, Magda i Justyna z obczyzny, które po prostu znosiły moje jęczenie i sypały pomysłami.

And last but not least, Anna R., która w swej bezbrzeżnej dobroci zapewniła mi dach nad głową.

Bardzo jestem wdzięczna i z tą wdzięcznością udaję się na zasłużony przeprowadzkowo-kacowy spoczynek aka 'beauty sleep'. Dobranoc.

27 listopada 2011

Drodzy Państwo, jest nadzieja!

Cóż, nie dało się ukryć faktu, że w ostatnich tygodniach, a szczególnie w ostatnich dniach ostatniego tygodnia byłam koszmarnie przytłoczona sytuacją. Z mojej obserwacji siebie wynika, że za mój stan (płakanie w tramwajach, przy każdym pytaniu 'co słychać?', przy każdej rozmowie z przyjaciółmi z GPD, ogólną nadwrażliwość, wybuchanie gniewem, wyżywanie się na osobach, na których mi zależy, odkładanie słuchawki w połowie wypowiadanego przez rozmówcę zdania, etc.) w pełni odpowiedzialna jest sytuacja oraz fakt, że pracowałam trzy dni z rzędu na godzinę 7, co oznacza, że budziłam się o 5.40 i w stanie śmierci mózgowej i wczesnoporannego przemarznięcia ruszałam prostować marksowe wieszaki.

Przyczyny mojego nieszczęścia jakby z letka uległy złagodzeniu. Nowa marksowa szefowa zlikwidowała zmiany na 7 rano i niech jej to Bozia wynagrodzi w najpiękniejszy sposób. Przyczyna nieszczęścia związanego z bezdomnością, czyli moja siostra, zdeklarowała się pomóc w przypadku, gdy nie znajdę pracy. [Przy czym należy zauważyć, że szukam od sierpnia i odzew jest prawie żaden, a tłumaczyć, jaka jestem zajebista chyba nie muszę.]

W mojej głowie znienacka pojawiła się też furtka Londyn. Rozwiązanie to zasiała mi Ciocia, mama Justyny, która od lipca jest powsinogą i tam właśnie zamieszkała. Sprawy moje nigdy nie były tak popieprzone jak są teraz, właściwie powątpiewam, czy kiedyś będą popieprzone bardziej, więc moment jest faktycznie sprzyjający. Sprawa jest wstępnie skosztorysowana, teraz tylko czekam na to, jak wypowie się w tej sprawie Wszechświat, który przecież sprzyja pragnieniom, kiedy się czegoś naprawdę pragnie (parafrazując mojego mistrza P. Coelho). Jeśli się wypowie tak, że nagle z nieba spadnie mi kokosowa praca i będę mogła przestać pracować 14 godzin dziennie, żeby wiązać ledwo koniec z końcem, to zostaję. Jeśli nie, to wyjeżdżam do tego naszego europejskiego Eldorado.

A tymczasem wisi nade mną przeprowadzka na Wierzbno. I choć przeprowadzki same w sobie powodują u mnie opad rąk i mentalną sraczkę, to ta mnie trochę ekscytuje. Mamy taką wizję z Anną, że cały grudzień będziemy nakurwiać prezenty, że sobie urządzimy taki warsztat świętego Mikołaja i będziemy dawać wyraz naszej twórczej energii. Wstępnie nagrałam również temat warsztatów z robienia na drutach, o które prosiła Halinka. Więc, Halle, masz to prawie załatwione.

W ramach wstępu do zimowej sielanki zeżarłyśmy śmieciowy obiad i obejrzałyśmy Clerks II (tzn. ja tylko połowicznie obejrzałam, bo biegłam na tram). Tu, proszę, wideło:


I jeśli mnie oczy nie mylą, to na froncie densuje tam Marty Kudelka.

Udaję się na spoczynek, bowiem jest listopad, więc jutro na 7...

17 listopada 2011

Pertraktacje z Szefem

Podobno sytuacja utraty pracy jest jedną z najbardziej stresujących w życiu - zaraz po śmierci bliskiej osoby i ex aequo z rozwodem. Mi natomiast trafiła się wielka kumulacja - utrata pracy ORAZ utrata dachu nad głową, co powoduje wieczne napięcie, konflikty, chwiejność i konieczność ćwiczenia pozytywnego myślenia. Przede wszystkim nie panikować.

Już niebawem będę się przeprowadzać po raz szósty do siódmego mieszkania. Przez to wszystko (przeprowadzka, praca) budzę się ostatnio o 6 rano, pomimo że idę spać ok. 3 w nocy. Budzę się i nie mogę już zmrużyć oka. Nie pomaga nawet wizualizacja z rwącą rzeką na bezsenność, ponieważ nijak na kwiecie nie mogę umieścić przeprowadzkowego pudła (wizualizacja: należy wyobrazić sobie rzekę, na której są ogromne kwiaty i na te kwiaty, proszę ja kogo, wsadzamy wszystkie natrętne myśli, które nie pozwalają spać, i te myśli są porywaaaaaane przez rzekę; dzięki temu, że już ich nie ma, można spać spokojnie).

A codziennie przed zaśnięciem rozmawiam sobie z Szefem. O tym, że są jakieś granice ludzkiej wytrzymałości. Że być może On mi je ustawił w innym miejscu niż ja je widzę, ale że może w takim razie pójdziemy na jakiś kompromis? Bo ja naprawdę chciałabym iść z Nim na kompromis.

I pocztówka muzyczna, o której przypomniała mi moja M, a która tak niesamowicie pasuje do sytuacji:



(tak, tak, 11 lat bycia harcerką odcisnęło piętno i lubię poezję śpiewaną)

PS. Ostatnio preferuję krótkie formy, ponieważ całą swoją energię literacką inwestuję w autoreklamę, czyli przebojowe listy motywacyjne.

14 listopada 2011

TO DO list

1. wstać z łóżka
2. wziąć prysznic
3. wrócić do łóżka
4. dokończyć to do list

No dobrze, tak naprawdę to w planach mam dziś zarządzanie światem. Niech się świat szykuje na interwencję, i, być może, pączki.

13 listopada 2011

O 11 listopada, czyli fajnie onanizować się swoją językową kompetencją

Dumna jestem w mojego lewackiego szacunku do inności, dlatego zamiast smarować osobnego posta z prezentacją opinii w sprawie jakże pięknego Święta Niepodległości, pozwolę sobie przytoczyć dyskusję wywołaną zdjęciem.

Tytuł postu miał brzmieć: O 11 listopada, czyli o tym, jak kruszyłam beton, ale w ramach tolerancji dla poglądów innych niż moje postanowiłam nie używać sformułowań konotujących negatywnie.

Oto zdjęcie:
Oto dyskusja:

Rozmówca #1
Jak powiedziała pani Agata Kowalska - było mnóstwo faszystowskich i antysemickich transparentów z napisami "Bóg Honor Ojczyzna". Na szczęście dzielna policji i nasi niemieccy sojusznicy wkroczyli do akcji.

Ewa Sęt
To ciekawe, że narodowcy uzurpują sobie wyłączne prawo do hasła "Bóg, Honor, Ojczyzna". Moje pytania są następujące:

- które oblicze Istoty Wyższej i z którego kraju/regionu świata nawołuje i zachęca do przemocy i nienawiści?
- czy przejawem honoru jest np. plucie na ulicy na Hindusów?
- czy wyrazem miłości do ojczyzny jest dewastowanie jej stolicy?

To Wasza wina, drodzy Prawicowcy, że słowo 'narodowiec' ma wydźwięk pejoratywny. I to dzięki Wam trudno powiedzieć o sobie 'patriotka' nie obawiając się, że się zostanie opacznie zrozumianą.

Ewa Sęt
I jeszcze ilustracje, bo nie zawsze słowa są zrozumiałe:


Tak się bawił Marsz Niepodległości:

I pytanie sprawdzające rozumienie treści wizualnych: kto rozrabiał 11 listopada w Warszawie?

Rozmówca #1
Ewa Sęt - to byłoby faktycznie ciekawe, gdyby nie to, ze to bzdura. Nikt wam nie zabrania posługiwania sie hasłem "Bóg honor ojczyzna", tylko, ze Boga nie uznajecie, wasza ojczyzna jest w kieszeni, a o honorze toście nawet nie słyszeli.Zawołaliście bandytów z Niemiec, żeby uniemożliwić obchody niepodległości, bo sami nie macie nic do zaoferowania. Potraficie tylko zabraniać innym. Duchowe dzieci zomowców.

Ewa Sęt
Mieliśmy do zaoferowania wiec, na którym byli ludzie z rodzinami, pozytywna energia i atmosfera pokoju i bliskości z okazji narodowego święta. Po drugiej stronie kordonu Policji w ofercie było wyrywanie kostki brukowej, krat i palenie wozów transmisyjnych. Ja się z tym nie identyfikuję.

I jeszcze: choć moje poglądy bliższe są lewicy, to Twoje sformułowanie o nieuznawaniu Boga nie ma zastosowania. Co więcej, jako osoba wierząca, bliskie jest mi przesłanie miłości, dlatego serdecznie Cię pozdrawiam, nie zamierzam Ci ubliżać i negować Twoich poglądów. Twoje święte prawo, byś je miał.

Na zakończenie informacja: 22 lata temu skończył się świat ZOMO. Nie ma potrzeby tworzenia atmosfery zagrożenia. Referencje do tamtego okresu z mojego punktu widzenia świadczą o tęsknocie za nim i niemożliwością adaptacji do nowego porządku, w którym jednostka ma swoje prawa i możliwości. Tamten świat naprawdę się skończył, a 22 lata to naprawdę długo, czas się przestawić.

Rozmówca #1
Tak, na ten wiec zaprosiliście bandytów z Niemiec i z antify. Zorganizowaliście go pod hasłem zablokowania Marszu Niepodległosci.

Rozmówca #1
Sprowokowaliscie zamieszki. mam nadzieje, ze jestescie z siebie dumni.

Ewa Sęt
Sprowokowaliśmy zamieszki? Absolutnie nie. Prawicowe medium Fronda zrobiło nawet fotoreportaż o tym, że za kordonem Policji była rozpierducha, a Kolorowa słuchała sobie muzyki. Proszę: http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/blokada_marszu_-_fotoreportaz_16817

Rozmówca #1
Zaprosiliscie bandytów, którzy zaczęły rozróbę. Może nie?

Rozmówca #2
Krzysztof, nie wytrzymujesz trudów tej dyskusji. Twoja defensywa jest dość rozpaczliwa...

Rozmówca #1
Moja defensywa? To przecież wy próbowaliście zablokować Marsz Niepodległości, zapraszaliście niemieckich bojówkarzy i bandziorów z antify, a do tego traktujecie serio zaprzyjaźnione telewizje.

OFFTOPIC
OFFTOPIC
OFFTOPIC

Rozmówca #1
A wracajac do Marszu - masz tu rozwinięcie filmu, który sam wczoraj umiesciłes. Obejrzyj, bo warto: http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=tWCXBoodFTk

Ewa Sęt
Prawda jest taka, że ekstremiści zawsze znajdą się po każdej stronie. Mnie osobiście śmieszy (nie: bawi, śmieszy) próba odwrócenia uwagi od rozpierduchy, którą zrobili narodowcy, tym powyższym filmem. Co on udowadnia?

Na stronie grup i organizacji, które uczestniczyły w Marszu pojawiały się informacje o sprowadzaniu grup neofaszystowskich z Serbii. Czy ktoś o nich mówi per 'bandyci z Serbii'? Nie, z lewej strony nikt tak nie mówi, ponieważ lewą stronę definiuje m. in. szacunek do inności.

Nie wiem, czy grupa z Niemiec to bandyci, czy nie. Nie mam pojęcia. Sam fakt, że pokojowy wiec musi mieć w odwodzie np. Antifę, żeby pokojowi ludzie nie dali się pobić narodowcom, jest smutny. Obrażanie Niemców i nawiązywanie do tej narodowości w kontekście historycznym jest poniżej wszelkiej krytyki i doskonale obrazuje podejście patriotów w wersji z 11 listopada do świata - nie da się zaprzeczyć, że polski patriotyzm jest ksenofobiczny i nienawistny. Przynajmniej tak go prezentują uczestnicy Marszu.

Agresywna obrona Marszu ze strony prawej nie zmieni rzeczywistości, fakty są takie, jakie są: skutki Marszu Niepodległości dla przestrzeni miejskiej i ludzi przebywających wtedy w Warszawie przeczą jego rzekomym nadobnym założeniom. Oględziny Placu Konstytucji i pierwszy lepszy zapis wydarzeń potwierdzają, że Marsz nie miał na celu celebracji święta narodowego, miał natomiast na celu demonstrację nienawiści do inności, prezentację poglądów neofaszystowskich i zniszczenie.

Politycy prawicowi i osoby, którym poglądowo bliższa jest prawica mogą oczywiście próbować wybielać swoich pobratymców, nie zmieni to jednak faktów: Marsz Niepodległości zdemolował Warszawę. Tak wyrażana miłość do ojczyzny jest mi daleka i dla mnie jest nie do zaakceptowania.

Rozmówca #1
Bardzo dobrze że cię śmieszy, uśmiech nie powinien schodzic z twych lic. W końcu masz udział w odwróceniu uwagi od marszu Niepodległości i jego faszystowskich haseł "Bóg, Honor, Ojczyzna". Udało się zaprosić bandytów z Niemiec, zadymiarzy z Antify, a zaprzyjaźnione telewizje sprowadziły Marsz do rozróby, którą sprowokowaliscie.

Ewa Sęt
Z mojego punktu widzenia uwagę od Marszu w takiej formie, w jakiej wystąpił, należy odwracać. Nie mam w tym nic, z czym chciałabym się identyfikować. Uczestnicy Marszu nie zaprezentowali nic, z czego jako Polka mogłabym być dumna, wręcz przeciwnie: jest mi wstyd za wandali, którzy w taki sposób celebrują Święto Niepodległości.

Twoje ciągłe nawiązywanie do rzekomo wywołanej przez Kolorową rozróby to zwykłe manipulowanie faktami. Nikt, kto był na Wiecu nie uczestniczył w rozróbie. Z naszej strony nie frunęły cegły, z naszej strony było ŚWIĘTOWANIE - z muzyką, rozmowami i radością.

W kwestii hasła "Bóg, Honor, Ojczyzna" już się wypowiedziałam. Wandale nie mają prawa używać tych wartości jako osłony dla swojej agresji i nienawiści, bo ani Bóg do nich nie zachęca, ani nie są to wartości narodowe.

Ewa Sęt
Dodam, używając prawicowego żargonu, że bandyci to ci, którzy potem w grupach kilku- kilkunastoosobowych polowali na mieście na kolorowych - w okolicach stacji metra, Powązek, Ronda Babka, etc. To są dopiero bandyci, co gorsza z Polski. To dopiero haniebne i tak dalekie od honoru, jak tylko umiem sobie wyobrazić.

Rozmówca #1
jaka Polka, o czym ty mówisz? jako wróg Polski i polskości, uważający, "Bóg, Honor, Ojczyzna' za hasło nienawistne mozesz byc dumna, że udało sie odwrócic uwagę od pokojowego kilkudziesięciotysięcznego marszu i sprowadzić go do zamieszek.

Rozmówca #1
Co do tego, ze nikt, kto był na wiecu nie uczestniczył w zadymie - mijasz sie z prawdą (to zresztą normalne - jakas bardzo brzydka kobieta z kolorowej w TVNie mówi, że nie sprowadzaliście bandziorów, a na stronie 11listopada.org wisi tekst, że nie tylko sprowadzaliscie, ale jestescie z tego dumni). To miedzy uczestnikami wiecu ukrywali sie ubrani na czarno i zamaskowani antifiarze.

Ewa Sęt
Nie znasz mnie i zapewniam Cię, że nie masz prawa wypowiadać się o moim poczuciu polskości, co dodatkowo osłabia Twoją pozycję jako dyskutanta. W momencie kiedy argumenty ad personam wypierają te ad rem, dyskusja przestaje mieć sens.

Przeczytaj proszę wszystkie moje wypowiedzi i wskaż, w której sprowadziłam to hasło do nienawiści. Przeczytaj ze zrozumieniem.

Dodatkowo zamieszek w tym dniu nie trzeba było prowokować, co zdaje się być jedynym Twoim argumentem. Uczestnicy Marszu po to się zebrali, żeby spuścić łomot pedałom i czarnuchom. Chyba nie po to przyszli z pałami, żeby się na nich podpierać?

Pozdrawiam Cię serdecznie i z mojej strony wypisuję się z dyskusji, ponieważ od kilku Twoich odpowiedzi jest bezproduktywna. Mam nadzieję, że nie spotkamy się w mieście, gdyż powątpiewam w samokontrolę osób popierających neofaszystów i łobuzów, a ja przecież jestem 'lewakiem', jednostką z definicji antypolską i do eliminacji.

Ewa Sęt
Haha, cechą dystynktywną kobiety z Kolorowej było to, że była bardzo brzydka. Pięknie, pięknie i po polsku :)

Rozmówca #1
To co mówisz i robisz daje mi prawo twierdzić, że nie masz nic wspólnego z polskością. I ze Polsce szkodzisz. A to, ze ten paszczur z kolorowej wygląda jak wygląda to nie moja wina. Kiedyś o takich kronikarze mówili że "przymiotami ducha, przymioty ciała przenosiła", ale ta akurat wydaje się mieć je w doskonałej równowadze.

(Kurtyna opada)

Równowaga została zachowana, prawak skopał lewaka.
Za inspirujące rozmowy dziękuję mokotowskiej Annie, dała mi dużo energii do pisania w beznadziejnej sprawie.

Swoją drogą, można by wysnuć wniosek, że w Marszu uczestniczyły zwierzęta, dajmy na to, byki, którym zamiast czerwoną płachtą zamachano tęczową, i to sprowadziło na Warszawę deszcz kostek brukowych.

10 listopada 2011

Luźna myśl #3

Gdyby mężczyźni kiedykolwiek poznali uroki menstruacji, bardzo szybko udałoby się znaleźć sposób na likwidację ciężkich chwil, a dodatkowo już nigdy żadna kobieta nie usłyszałaby, że jej przejdzie, jak urodzi dziecko, bo macica się rozciągnie.

13 października 2011

Whenever I'm down I call on you, my friend

Na weekend taki jak ten miniony czekałam - naprawdę - cały rok.

W piąteczek pobiłam swój rekord piwny. [Kiedy byłam młoda, głupia i chodziłam w glanach i do podstawówki, ustanowiłam nieprzekraczalną granicę dwóch piw, gdyż tyle właśnie wystarczyło, aby obsikać sobie ulubione glany w kolorze bordowym. Od tego czasu zmądrzałam, ciut spoważniałam, staram się nie oddawać moczu w plenerze - z różnym skutkiem - oraz staram się nie pić więcej niż dwa piwa.] Spotkaliśmy się w wielce miłym miejscu, czyli na Chłodnej 25. Nawiązałam znajomości kiblowe - przypadkiem okazało się, że mam dokładnie taki cykl trawienia alkoholu jak kilka innych osób i spotykaliśmy się w toalecie za każdym razem w tej samej konfiguracji, czyniąc sobie jednocześnie drobne uprzejmości jak np. opuszczanie deski, przepuszczanie się w kolejce, etc. Okazuje się, że po wypiciu 5 piw, systematycznie donoszonych przez Kamila, opuściła mnie fobia społeczna i byłam w stanie rozkosznie konwersować z obcymi. Niewiarygodne.

Sobota minęła pod znakiem ogarniania urodzinowego prezentu dla Kamila, wypiekania urodzinowego ciasta z miłością, warczenia na szanowne współlokatorstwo i innych ludzi, którzy w tym dniu wykonali do mnie telefon. A potem urodziny, nocny szał w Glamie, wczesne śniadanie w McD i powrót do domu na 6 rano. I bolesna pobudka, kiedy to kac kazał mi wypić alka-seltzer i wrócić do spania, a okazało się, że godzina jest nieboska i dawno powinnam wstać.

Ponieważ dzieją się w mojej codzienności rozmaite przyjemne i nieprzyjemne rzeczy, to jestem bardzo humorzasta, można by rzec - hormonalna - ale pewnie byłoby to uproszczenie. Tak czy inaczej, przechodzę różne fazy. Albo chlipię w tramwaju, bo usłyszę wzruszającą piosenkę, albo ciskam smsami w celu spowodowania konfliktu i wyładowania swojej skumulowanej energii.

- I teraz właśnie wchodzimy do części poświęconej tym, którzy SĄ. -

Otóż w tym trudnym czasie znów dochodzę do wniosku, że otaczają mnie bardzo wyjątkowi ludzie. Chciałabym zadedykować im - Wam - coś, jakiś tekst, piosenkę, cokolwiek, ale musiałabym to chyba najpierw skomponować, żeby zawrzeć wszystko, co mam do przekazania.

Jest Magda, która po 10 latach nadal z takim samym zrozumieniem słucha moich opowieści; nie podważa sęt-emocji i wagi wydarzeń. Pomimo ogromnej burzy u siebie ma do moich przeżyć dużo szacunku. I za każdym razem powtarza, że przy rozstaniach nie liczy się czas trwania związku, bo emocje są zawsze te same.

Jest Katarzyna, której po 12 tłustych latach nawet nie muszę tłumaczyć, jak się czuję. Po prostu opowiadam, co u mnie, a ona WIE. Daje mi zaskakującą perspektywę, bo jest megamózgiem i widzi sprawy z punktu, który dla mnie jest nieosiągalny, bo mam chyba zbyt małą głowę. Złoży szafę, nauczy pakować przeprowadzkowe pudełka, znokautuje w boksie na Xboksie. Niezastąpiona przy garach i Martini.

Jest Karol, z którym wypracowaliśmy taki poziom zażyłości, że pozwalam powiedzieć sobie wszystko, łącznie z tym, czego nie chciałabym usłyszeć. Wiem, że cokolwiek się dzieje między nami, nawet niepozytywnego w momencie 'dziania', służy temu, żeby było lepiej kiedyś-tam. No i wiem, że z Karolem mamy jakieś 'kiedyś'. Wiem też, że nie muszę przepraszać za swoje zachowanie w gorszych chwilach, co i tak robię, ale wiem, że nie muszę, bo bierzemy siebie nawzajem w całości, łącznie z nieciekawymi aspektami naszych osobowości.

Jest Halina, która potrafi prześmiać moje najbardziej żenujące zachowania i werbalnie dać mi w mordę, kiedy trzeba, nie obawiając się konsekwencji. Myśli o mnie, pisze i przynosi w słoiku sałatkę do pracy oraz paczkę, która przez pomyłkę przyszła na firmowy adres. Dużo rozumie, często się stawia, nie daje się zastraszyć ;) Megamocne wsparcie w najczarniejszych chwilach.

Jest Kamil, który ma dla mnie dokładnie tyle czasu i uwagi, ile potrzebuję. Jako istota bezkonfliktowa potrafi funkcjonować w moim otoczeniu i nie daje się sprowokować nawet wtedy, kiedy bardzo się staram wywołać konflikt. Wszystko rozumie, rzadko się złości, no po prostu uosobienie dobroci - i nie jest to szydera.

Jest Anna, której wybaczam to, że jest hipsterką, a ona toleruje mój emocjonalny terroryzm. Potrafi przyjść na spotkanie bardzo późnym wieczorem lub dojechać taksówką ciemną nocą, jeśli jest taka potrzeba. Chętnie wstanie też o 4 rano, żeby pożegnać cudzą kuzynkę na lotnisku. Dużo ciepła i pozytywu, czasem nawet na krechę/zeszyt, kiedy się jest chwilowo mentalnie dalej, niż by się chciało.

Mam po prostu dużo szczęścia. Czasem kiedy sobie to uświadomię, to wzruszenie mnie chwyta za gardło. To trochę jak u Ally McBeal:
Maybe I'll share my life with somebody, maybe not. But the truth is, when I think back of my loneliest moments, there was usually somebody sitting there next to me.
I dlatego właśnie muzyczna dedykacja 4 my people:


PS. Suchar, wiem :) Tylko strasznie jestem ostatnio upierdliwa, więc niech to będzie taka próba wynagrodzenia tego; niech wiedzą, że doceniam i uwielbiam :)

7 października 2011

Chwała Wam, Dzielnym Policjantom

No to byłby naprawdę hit, gdybym do całej mojej całkiem nowej sytuacji życiowej musiała dorzucić jeszcze mandat za picie w plenerze. Bo, owszem, często piję w plenerze i to wszystko za sprawą mojego Ślicznego Zioma, ale jakoś zazwyczaj mam więcej instynktu samozachowawczego.

Wczoraj postanowiliśmy ze Szlachcicem, że mnie rozdziewiczymy w zakresie cydru. No i nabyliśmy sobie tenże w Marksie & Engelsie, usiedliśmy na ławeczkach dla biednych na wiechu i konsumowaliśmy. I akurat kiedy wzniosłam butelkę, zza zakrętu wyłonił się patrol. Państwo patrolowi powitali nas uprzejmym 'dobry wieczór', a potem wyrazili troskę, czy mi się napój nie wyleje. Generalnie mieliśmy niezłego farta, bo patrol wykazał zainteresowanie historią mojego życia i dał mi kilka minut na branie na litość. Pan policjant kazał również zanotować swojej koleżance, że jestem singlem, ha ha. Skończyło się na pouczeniu, tg, ale postanowienie mam takie, że na ławeczkach dla biednych pić już nie będę.

Zdałam sobie też sprawę z mojego bezbrzeżnego uwielbienia do Szlachcica. Nie żebym nie wiedziała wcześniej; po prostu za sprawą mojego odejścia i szlacheckiego urlopu, byłam zmuszona złapać dystans. I wczoraj uderzyło mnie, jak to cudownie móc z kimś dzielić mentalną waginę :)

Muzyczna pocztówka.

3 października 2011

Na bezrybiu znaleźć rybę

Boże, boże, zaczęła się u mnie faza rybna, co oznacza, że będę spożywać ryby na wszystkie posiłki do odwołania. Na obiad dziś tuńczyk, na kolację wędzona makrela, no i jeszcze nabyłam śledzie i cebulę, to pewnie będą śniadania, drugie śniadania, podwieczorki i kolacje nadchodzących dni. Co prawda własnym ciałem muszę ryb bronić przed kotami; tylko torbę poszłam położyć na kanapie (btw. lubię na kanapie), a makrela już straciła ogon. Tak właśnie wygląda życie w zwierzyńcu.

Zwierzyłam się pani doktor dziś, że po tych nowych magicznych pigułkach to chce mi się ŻREĆ (czego smutnym przykładem jest moja senna pomyłka, polegająca na zjedzeniu pełnej łychy czegoś, co wyglądało jak budyń, potem zidentyfikowałam to jako słony budyń, a dopiero po plunięciu i ostatecznym rozbudzeniu się wyszło na jaw, że to sos grzybowy był, fuuu!). Pani mi zaleciła sport oraz otaczanie się niskokaloryczną żywnością, co w przypadku kompulsji pozwoli nie utuczyć się do poprzedniego rozmiaru, z którym się pożegnałam z taką przecież ulgą.

Zabrałam też swój cygański majdan z GPD. To już naprawdę koniec!!!!!!!!! (ot: podobno osoby używające więcej niż trzech znaków interpunkcyjnych mają zaburzenia :]) Okazało się, że moje patologiczne zbieractwo zaowocowało tym, że się ostro trzeba było napiąć, żeby te torby i torebeczki dźwignąć z podłogi. No i nie byłoby opcji, żeby tachać to na plecach, więc pozostała mi taksóweczka. I, uwaga, today's the day, czyli taki dzień, kiedy obcy ludzie opowiadają mi o swoich osobistych sprawach. No że ciężkie rozwody, żony suki, wysokie alimenty i kłopoty finansowe. Widocznie jestem dobrą słuchaczką, co się osiąga dzięki funkcji fatycznej języka polskiego ('naprawdę?', 'oj', 'aj', 'taaaak?'). Ale dzięki temu pan taksówkarz naliczył mi rabat. I jeszcze zaproponował, po obczajeniu moich tobołów, że mi to pomoże powyrzucać.

Zebrałam sobie też trochę liści jesiennych. No wiem, wiem, lejm, ale jednak nie mogłam się powstrzymać, bo jesień to MOJA pora roku.

Zapraszam na śledzika, jbc!

Aha, i jeszcze cytat z prasóweczki urlopowej:

"Równość nie polega na tym, żebyś była traktowana tak samo jak mężczyzna, lecz żebyś traktowała siebie tak samo, jak traktujesz mężczyzn" - stwierdziła Marlo Thomas, aktorka i działaczka na rzecz kobiet. I coś w tym jest. Gdybyśmy traktowały siebie jak osobę, której potrzeby są równie ważne jak potrzeby partnera, nie tkwiłybyśmy w kiepskich sytuacjach. Nie obrażały się po latach za coś, co aktywnie współtworzyłyśmy. Nie czerpały satysfakcji z tego, że inni są z nas zadowoleni, ale z tego, że my jesteśmy zadowolone. Tak po prostu. Jak kot.
(Sens, numer 9/36 wrzesień 2011, Kto tu rządzi? autorstwa Hanny Samson)

... czego sobie i nam wszystkim życzę :)

Projekt: październik, czyli urlop v. 2.0

Oficjalnie nie pracuję już w GPD. Ponieważ było to wielce traumatyczne rozstanie i przeczuwałam, że takie będzie, zapotrzebowałam w M&S urlop na początek października grożąc jednocześnie, że jeśli go nie dostanę, to ze stresu zwariuję, i dostałam. Za mną pierwsze dwa dni urlopu, przede mną jeszcze siedem i muszę powiedzieć, że po prostu pięknie, najpiękniej ten urlop rozpoczęłam.

Bo rozpoczęłam porankiem idealnym, kiedy to spełniłam się jako kobieta i jako ziom jednocześnie, i zaserwowałam narażając opuszki palców, moje ulubione śniadanie niedzielne w sobotę. Lubię mieć czas na wstawanie bez budzika, leniwe przewalanie się w wyrze, lubię poranny BRAK KACA :) i brak smutnego pierdzenia już od świtu.

Sporo czasu spędziłam na trawie na Chomiczówce, grzejąc gnaty w słońcu, pijąc herbatę truskawkowo-waniliową, czytając gazetę i rozmawiając o życiu, choć życie teraz akurat głównie doświadcza najbliższą mi osobą w dość nieprzyjemny sposób. Kamień w sęt-klacie pęka.

No a gwoździem programu i wejściem w urlop z prawdziwym pierdolnięciem było wybranie się z Katarzyną na otwarcie Chłodnej. Tam się odbywał REGULARNY FESTYN i myśmy ten festyn powitały REGULARNĄ GASTROFAZĄ. Na początek: łoooo łoooo, wata cukrowa! A potem: łooo łoooo, okienka! Potem dałyśmy sobie szansę na przejście przez stragany, ale niestety minął nas pan z pajdą ze smalcem i kwaszeniaczkem, więc powstrzymałyśmy atawistyczny odruch zapolowania na pożywienie poprzez zabranie go temu panu i postanowiłyśmy niezwłocznie pozyskać taką kanapkę. W międzyczasie Kasia wypatrzyła odpustowe szyszki z ryżu dmuchanego, więc oszamano szyszkę, a potem wspomnianą kanapkę ze smalcem. Potem naszła mnie ocha na kiełbę z grilla i piwo, ale jako że żywieniowy spec orzekł, że grill jest brudny, trzeba było porzucić kiełbasiany pomysł. W trakcie jak go porzucałyśmy trafiłyśmy na stragan z mega długimi żelkami, więc, jako że festyny się nie zdarzają przesadnie często, opierdoliłyśmy żelkę. Obczaiwszy sytuację na Chłodnej 25, trafiłyśmy na degustację smalcu i z kanapką na drogę udałyśmy się do Szwejka.

W Szwejku miałyśmy wyjątkowego pecha, bo moja golonka była nie do zjedzenia, a kasina sałatka z łososiem też dupy nie urwała. Zdałam sobie też sprawę, że nienawidzę ludzi, a zwłaszcza podstarzałych ropuch śmiejących się chyba tylko w swojej głowie zalotnie, stukających przaśnie kieliszkami przed każdą lufą i opowiadających żenujące kawałki w tonacji wyższej niż akceptowalna.

Trzeba było więc wytłumić niesmak spowodowany przykrą konfrontacją marzeń o zajebistym Szwejku a rzeczywistością, a najlepiej się to robi z pomocą froyo z MGEat. A potem: spacer, wermut, chipsy i regularny cukrowy haj.

Tyle mam planów na ten tydzień, że będę musiała ogarnąć sobie dobę z gumy. Lumpeksy przede wszystkim, łażenie po mieście i łapanie słońca. W czwartek tu, przy okazji zachęcam do dołączenia. I jeszcze chciałabym zobaczyć pokonkursową wystawę Dobry Wzór w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. I wypić morze kawy ze wszystkimi Krewnymi i Znajomymi Królika, których zaniedbałam przez pracę w fabryce stylu i szyku (:P). I koniecznie ogród w BUWie, w zasadzie powinno się go otwierać wyłącznie jesienią, bo nie zobaczyć go jesienią to trochę jak nie opierdolić obwarzanka na festynie. No obciach.

Można też aplikować na towarzysza urlopu. Aplikacje przesyłamy wiadomo jak, czyli jakkolwiek, byle skutecznie. Żegnam czule życząc dobrej nocy, tudzież dobrego dnia. xoxo :D

Aha, aha, pocztówka muzyczna na nadchodzące dni: (bo zakochałam się, mistrzostwo świata)


Ja co prawda nie zamierzam w najbliższym czasie porzucać miasta, ale jakiś taki urok jest w tej piosence, nie do opisania ("czuję, że idziesz, szeleszczą liście..."). Och, ach.

25 września 2011

Pogodna rezygnacja i jej konsekwencje

Od czasu do czasu bywa tak, że człowiek się budzi i pierwszą myślą jest: "o kurwa, niech ten dzień się już skończy, żeby w końcu można było iść spać". Zdarza się, że ten stan trwa dłużej (i wtedy najlepiej byłoby udać się do specjalisty i sprawdzić, czy przypadkiem nie dopadła nas parszywa jednostka chorobowa na literę D). Jeśli ktoś takich stanów nie miewa, czem prędzej powinien udać się do specjalisty i sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, bo jak to powiedziała Sylwia Chutnik ustami jednej z bohaterek Kieszonkowego atlasu kobiet:
Nie czuć nic w tym zgniłym świecie, to po prostu trzeba mieć nierówno pod czaszką.
Więc zachęcam, taka to dygresja, służąca profilaktyce chorób psychicznych. Ale do brzegu.

Kilka dobrych lat temu udałam się do specjalisty na kontrolę i wpisał w moją kartę 6 magicznych słów: myśli rezygnacyjne bez tendencji do realizacji. Im jestem starsza, tym jestem zdrowsza, takie mam wrażenie, i TE myśli przestały kwitnąć w mojej głowie i wypełniać każdą lukę, ale czas od startu do obecnego punktu zaowocował masą refleksji nad konsekwencjami realizacji myśli r.

Bo przecież jako osoba uznająca istnienie Istoty Wyższej, muszę się liczyć z tym, że to Ona decyduje i za każdą dziubas-samowolkę spotka delikwentkę/a kara. Sroga. Zainspirowana cytatem Kuczoka myślę, że najgorszą, najokrutniejszą karą jest oglądanie przez wieczność swojego życia: nietrafnych decyzji, straconych okazji i całego tego niezbyt apetycznego shitu, który sprawia, że człowiek przestaje chcieć być.

Dowiedziałam się też, że w pewnej protestanckiej wspólnocie wyznaniowej są tzw. prorocy, których Bóg zesłał na jeden dzień do piekła, żeby je zwiedzili i potem o nim opowiadali. I z proroctw dowiadujemy się, że piekło jest spersonalizowane, dostosowane do grzesznika. Że spędza się wieczność w izolatce i samotności tak przejmującej, że pozostaje tylko wyć z rozpaczy (CAŁĄ WIECZNOŚĆ). Lub że cierpi się głód taki, którego mózg nie jest sobie w stanie wyobrazić. Albo że smród, nie do zniesienia i co gorsza - niekończący się.

To straszenie piekłem wydaje mi się bardziej katolickie niż protestanckie, a ja lubię myśleć o Istocie Wyższej w sposób protestancki właśnie. Że jest Miłością. Że w przeciwieństwie do swojej starotestamentowej wersji (grzesznicy, Sodoma, plagi, Hiob, etc.) jest jednak po naszej stronie, a nie po stronie zasad dla zasad (być może w mojej głowie złagodniał, bo w końcu ma syna, to podobno sporo zmienia). Że nie będzie zsyłał do spersonalizowanego piekła tych, którzy kochają osoby tej samej płci, bo sam akt miłości będzie najważniejszy. Że nie będzie karał samobójców, tylko weźmie pod uwagę okoliczności - to w jakiej ktoś był pułapce, w jakiej czarnej dziurze, że podniósł na siebie rękę.

Wreszcie: lubię mieć wszystko zaplanowane, zaplanowałam więc moje afterlife. Bo wierzę, że afterlife, jak piekło, też jest spersonalizowane. I że spędza się tam czas ultrazajebiście. No i najważniejsze, że ktoś już tam na mnie czeka.

Dlatego też myśli r., jeśli już wykiełkują, pozostają u mnie na etapie kiełka. Fajnie? ;)

(Czasem martwię się o siebie w kontekście tego, że im sytuacja bliskich i moja jest trudniejsza, tym więcej we mnie pewności, że wszystko, co złe, ma sens i kres. Czy to optymizm, czy już choroba?)

Geneza hasła 'pogodna rezygnacja' jest tu.

17 września 2011

Think big

Bo wszystko zaczyna się od marzeń, tak mówio w reklamie Lotto, zatem ja spontanicznie nabyłam dziś za ostatnie monety dwa... nawet nie wiem, jak to się nazywa... losowania? strzały? skreślenia? No nie wiem, w każdym razie zapłaciłam 6 zło skuszona wizją 13 milionów. Ponieważ generalnie w moim życiu występuje brak farta, żeby nie powiedzieć, że chamski, ordynarny niefart, to postanowiłam nie ryzykować i wybrałam tylko jedną szóstkę, a drugą wylosowała maszyna, tak na wszelki.

W przypadku standardowej puli 2 milionów szkoda mi rysika ołówkowego. Już jakiś czas temu przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że 2 miliony tylko spowodowałyby dziką ochę na PRAWDZIWE pieniądze, więc odpuszczam na starcie. 2 miliony to jak oblizać pudełko po pistacjowych lodach (no w sensie, że ktoś już je zeżarł i zostało tylko to pudełko, you know).

No ale 13 mln - no to już jest coś. 10% ucieknie na podatek, więc na sprawunki będę mieć 11,7 mln. 1/3, czyli jakieś 4 mln lecą do Szlachcica, bo taki mamy deal. A potem (kolejność losowa): zrobię sobie cycki (będą mniejsze), spłacę długi, pójdę do szkoły trenerów oraz postudiować kulturoznawstwo, pojadę na zakupy do Londynu i porobić trochę zdjęć w Nowym Jorku, zahaczę o Afrykę (koniecznie Maroko i Kenia!), kupię mieszkanie w kamienicy na Pradze. Albo kupię całą kamienicę (THINK BIG)! Będzie tam mieszkanie moje i mieszkania dla przyjaciół (przynajmniej dla tych, których nie obrzydza Praga - pozdrawiam, Karolu), na poziomie -1 zorganizujemy klub dla koneserów pięciosekundówek by DJ Halle Bunny, wszakże Helajna musi mieć pole do twórczej ekspresji, na poziomie 0 - lanserską klubokawiarnię/restaurację, która będzie poza mainstreamem, czyli w przeciwieństwie do najmodniejszych knajp będzie w niej czysto, a w toalecie będzie papier toaletowy, mydło i ciepła woda. Mam nadzieję, że gotować tam będzie Karol, ja mogę zapewniać muffiny, Rośleska być może ogarnie gofry, bo jest niekwestionowaną Queen of Waffles. A jak już znudzi się nam ten cały praski lans, zrobimy sobie tam dom spokojnej starości; a jak już znudzi nam się spokojna starość, to urządzimy sobie dom niespokojnej starości, a co!

Tylko teraz należy trzymać kciuki za szczęśliwe skreślenia. Niechaj Istota Wyższa czuwa nad kulkami w losowaniu, niechaj się ułożą po myśli mojej. A potem dajcie mi tydzień :]


14 września 2011

Alter ego

Paszczak stał w kuchni z lampą w łapie i myślał o tym, jakie to jest przygnębiające, jaki niewesołe, kiedy trzeba wyszukać materac, znaleźć miejsce, gdzie by go położyć, a potem rozebrać się i przyznać, że jeszcze raz z dna zrobiła się noc. "Jak to się dzieje, że tak jest? - zastanawiał się w osłupieniu. - Tak się czułem szczęśliwy przez cały dzień. Co to było, że wszystko wydawało się takie proste?"
Tove Jansson - Dolina Muminków w listopadzie (dokąd zmierzam)

13 września 2011

Doctor doctor, is my purse anorexic?, czyli wyznania zakupoholiczki i inne

No więc zmiany przyszły. Jest różnie i to jest dobry objaw, bo to, że jest różnie, a nie tylko chujaszczo, jest efektem mojej ciężkiej pracy nad szukaniem dobrych aspektów zmian. Każdego dnia odkrywam, że jest we mnie nutka optymistki i my'o'my, kto by się tego po mnie spodziewał?

Generalnie (= nie wchodząc w szczegóły zdarzenia) zamykam właśnie 4 lata spędzone z najbardziej wyjątkowymi ludźmi i czuję się z tym trochę tak, jakbym połknęła najcięższy odważnik, jaki umiem sobie wyobrazić. Przede mną: nie wiem co, nie wiem gdzie, nie wiem jak i nie wiem z kim. I za ile, i na ile.

Opcji jest oczywiście dużo, w końcu żyję w tym szczególnym miejscu Europy, gdzie prawie wszystko jest możliwe. Ostatecznie dokonam relokacji i wyjadę gdzieś, z kimś, po coś, na ileś czasu. Wszystko przede mną.
___

Obiecałam sobie ostatnio, że będę kupować w miesiącu tylko jedną książkę i tylko jedną płytę. Mam taki problem, że jeśli cena jakiegoś przedmiotu nie przekracza 30-40 zło, to nie figuruje w mojej głowie jako istotna. Więcej wydaję na obiad w knajpie. I niestety, niestety, łapię się czasem na tym, że na przykład kupuję w jednym miesiącu 5-6 przedmiotów za nieistotną cenę i nagle okazuje się, że mi brakuje na fajki. Smutna rzecz.

No więc jest to postanowienie. Tylko że zachorowałam ostatnio na Moloko. I chcę mieć od ręki wszystkie płyty. A w pamięci mam cały czas, że 23 września jest premiera płyty Kasi Nosowskiej i chcę kupić nie jedną, a dwie takowe płyty. Więc zmagam się ze sobą. Kupić, nie kupić, kupić, nie kupić, kupić, kupić, nie kupić.

Może mogłabym kupić skoro moja fejsbukowa dziewczyna zobowiązała się zapłacić za moją nową sukienkę? I odroczyć mi płatność? Aaaaaa!!! I'ma shop shop til I drop drop.
___

Znienacka okazało się, że październik będzie najfajniejszym miesiącem w tym roku. Być może nawet przyćmi legendarny urlopowy lipiec. W październiku, proszę ja kogo, będzie tak:

#1 będę mieć jedną pracę na 3/4 etatu i dwie pensje i po roku zapieprzania jak osioł będę mieć czas dla wszystkich, którzy chcieliby, żebym go dla nich miała

#2 będę mieć 2 i 1/2 wolnego weekendu,

#3 są urodziny Kamila, których zamierzam nie pamiętać, więc je zdigitalizuję i na tej podstawie będę dokonywać rekonstrukcji zdarzeń,

# 4 przyjeżdża dawno niewidziany poznański ziom i będziemy mieć okazję przenieść naszą znajomość z fejsbuka do reala, so exciting!

#5 last but not least - K R A K Ó W, z którego mam nadzieję wrócić odmieniona, pewna siebie, skacowana, wypoczęta, nabuzowana Bronkową energią do granic możliwości.

Zatem: byle do października! :)

24 sierpnia 2011

Bo bardzo very dużo się dzieje...

...dlatego bardzo very mało się pisze, bo w głowie zbyt duży pierdolnik i za którą nitkę by nie pociągnąć, to supeł i tak tylko się zaciska.

Nadchodzą zmiany, a kto mnie dobrze zna ten wie, że zmian S(m)ęt nie lubi, się ich boi i ma problemy z akceptacją rzeczywistości po. Choć niektóre z tych zmian jednakowoż zdają się być ekscytujące.

Ale nie będę o tym pisać, bo to nie tego rodzaju blogasek. Podzielę się natomiast doświadczeniami wieczornymi ostatnich tygodni, a najchętniej tym najświeższym, choć - nie powiem - przygód mam ostatnio sporo. A to jakiś pan pokazuje mi z dumą swój oręż, a to inny zdejmuje spodnie w nocniku i wykonuje ruchy frykcyjne w stronę siedzącej obok mnie staruszki, której wcześniej usiadł na kolanach... No doprawdy, Warszawa nocą jest jeszcze jeszcze bardziej przaśna niż za dnia.

Przechadzamy się nocną porą z Osobą Towarzyszącą płci żeńskiej. Przechadzamy się w uścisku ponadprzyjacielskim w stronę Centralnego. A na Centralnym stoi sobie samiec z samicą u boku i ciska nam lesbami w plecy. 'LESBY!' !!! Mnie takie sytuacje naprawdę niepokoją. Gdybym ja stała ze swoim facetem lub kumplem i on takim językiem opisywałby rzeczywistość, to byłabym głęboko zażenowana. Czy on sobie w ten sposób i w obecności swojej laski/koleżanki przedłuża penisa? Może to jakaś oznaka męskości, której ja nie dekoduję, bo męskość w ujęciu hetero jest dla mnie zazwyczaj nie do przyjęcia? I jeszcze myślę sobie: jest noc, ktoś jest na tyle pojem, żeby mówić tak o mnie nawet nie do mnie, tylko do moich pleców, więc skoro tyle w nim niechęci, to czy ja się muszę bać o siebie, swoją buzię, swoje żebra i wszystkie te rzeczy u Osoby Towarzyszącej? Bo ja się boję. Ludzie, którzy publicznie używają takiego języka, naprawdę mnie przestraszają. I ja w takich sytuacjach jestem pipą, bo po prostu ogarniam otoczenie w poszukiwaniu najkrótszej drogi ucieczki. W przeciwieństwie do mnie, Osoba Towarzysząca zareagowała szybciej i bardziej precyzyjnie, co generalnie zwiększa moje poczucie bezpieczeństwa i wzmacnia pozytywne postrzeganie tej Osoby.

A na zakończenie - piosenka dnia wczorajszego, przejmująca, interesująca, za sprawą której będę chyba wykreślać dni w kalendarzu do premiery płyty:

2 sierpnia 2011

Luźna myśl #2

MMSa dostałam od Szlachcica o poranku i okazało się, że w tym smutnym jak pizda kraju można już być pedałem (OK!), ale nie wolno spedalać, zwłaszcza za pieniądze. Uważam, że to ogromny krok w stronę cywilizacji. Jestem nawet odrobinę dumna z mentalnego postępu stróżów sumień z zakresu obyczajowości.


29 lipca 2011

Luźna myśl #1

Okazało się, że do zachowania pełni zdrowia psychicznego, tudzież szeroko pojętej stabilności emocjonalnej, potrzebuję pracować do utraty tchu. Wczorajszy dzień wolny doprowadził mnie niemalże do totalnego załamania i to do tego stopnia, że aby się uratować, pomalowałam paznokcie.

Czego prawie nigdy nie robię.

27 lipca 2011

Pani Kofta o połówkach jabłka

W domu, w szkole, w powieściach wciąż powtarzały się nudne porównania do dwóch połówek jabłka. Nikt nie uprzedzał, że w taki sposób scalone jabłko może zacząć gnić od środka. Porównywało się parę do dwóch słodkich turkaweczek czy dwóch łagodnych gołąbeczków, co to "z dzióbków sobie jedzą". Pozostałość tej idealnej wersji można jeszcze obserwować na ślubnych tortach i ozdobnych telegramach. Takiego ścisłego dopasowania życzą nowożeńcom przyjaciele, przesyłając życzenia ozdobione ptactwem trzymającym obrączki w dziobach. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto byłby w tym stopniu do mnie podobny, a gdybym trafiła na kogoś takiego, uciekłabym, gdzie pieprz rośnie, ponieważ zawsze uważałam, że ciekawe jest to, co inne. Dwa gołąbki wzbudzały śmiech pusty, bo od zarania emocjonalnych kontaktów wiedziałam, że najważniejsza jest walka. Nawet z tymi, których się kocha, a może zwłaszcza z tymi.

24 lipca 2011

O instynkcie stadnym, którego mi brak, i innych takich-takich

Ha! Zbyt szybko odtrąbiłam koniec Weltschmerzu. Ale tak mnie zaczął wkurwiać ten stan ducha i ciała, że udałam się do apteki, nabyłam magnez (na złe myśli) i chrom (na obrzydliwą chęć spożywania słodyczy w czasie, gdy mam złe myśli) i czekam. Chrom już działa, więc na szczęście nie wyjdę z tego Weltschmerzu 800 kg cięższa.

Z braku spektakularnych wydarzeń i intensywnych emocji postanowiłam cieszyć się drobiazgami, które sprawiają mi przyjemność. Codziennie wieczorem leżę więc sobie i zaciągam się powietrzem, które ewidentnie pachnie sierpniowo. Po sierpniu jest wrzesień, a wrzesień to zwiastun mojej ulubionej pory roku. W ramach drobnych przyjemności i w myśl zaproponowaną przez Piksele (agde.blox.pl) nie zmuszam się do kontaktów towarzystkich:

I tak oto spędzam czas nie angażując się praktycznie w nic.

KILKA SŁÓW O...

Obce są mi emocje stadne. Nie odczuwam emocji grupowych - nie płakałam po papieżu, prezydencie i po Michaelu Jacksonie też nie. Oceniam te zdarzenia rzeczywiście jako bardzo przykre, choć nie bardziej przykre niż śmierć osób, które codziennie giną w wypadkach samochodowych. Być może zdrewniałam, być może jest to kwestia osobistych doświadczeń, po których właściwie nic nie robi już na mnie wrażenia. Wiem natomiast, że w takich chwilach przeciętny człowiek ma potrzebę przynależenia do grupy, która jego emocje z nim dzieli.

A teraz kontekst powyższej refleksji: wracam z pracy w sobotę i dostaję smsa, że Amy nie żyje. Ponieważ trudno mi było w to uwierzyć, zajrzałam na fejsa i rzeczywistość nie chciała być inna - wielu moich znajomych zapostowało taką informację. Pierwsza myśl była mniej więcej taka: ojej, to, że się tego spodziewałam, wcale nie ułatwia sprawy. Podłączyłam się zatem do sieci i obczytałam wszystko, co się da. I trochę teraz żałuję, bo okazało się, że ludzie mnie drażnią.

Pierwsza grupa - ci z instynktem stadnym. Zauważyłam, że muszą COKOLWIEK powiedzieć, żeby zaakcentować, że należą do grupy. Do tej cierpiącej. Więc sypią banałami jak z rękawa, piszą rzeczy, których wstydziłabym się pomyśleć (I hope there's rehab in Heaven). Bardzo chciałam napisać: nie mów, jeśli nie masz nic do powiedzenia!, ale przypomniałam sobie, że cudzych emocji się nie ocenia, zwłaszcza przez pryzmat swoich. Więc wzbiłam się na wyżyny tolerancji i postanowiłam po prostu nie czytać już ani jednego komentarza.

Druga grupa - hejtersi. Ci zdecydowanie wzbudzają moją niechęć i w dupie mam tolerancję.

NIE PŁAKAŁEM PO AMY WINEHOUSE.

MOGŁA NIE CHLAĆ I NIE ĆPAĆ.

NIE JEST MI JEJ SZKODA, MOGŁA COŚ ZROBIĆ ZE SWOIM ŻYCIEM, ALE NIE ZROBIŁA. CHYBA WIEDZIAŁA NA CO SIĘ PISZE, JAK ZACZYNAŁA ĆPAĆ.

Otóż, drodzy hejterzy, nic nie wiemy o Amy. Nic nie wiemy o jej walce ze sobą i o jakości jej życia. Rozsądny człowiek nie wypowiada się o rzeczach, o których nie ma pojęcia. Ale nie hejter, hejter się wypowiada, bo jego świat jest czarno-biały. TRZEBA BYŁO COŚ ZROBIĆ ZE SOBĄ. Nie mogę spokojnie słuchać ograniczonych ludzi, brak mi dystansu i cierpliwości. Przeciętny człowiek nie ma świadomości, że choroby psyche są tak samo ciężkie jak choroby ciała i tak samo są poza wolą chorego. Do osoby która ma zapalenie oskrzeli nie mówimy raczej: a weź już przestań, ten kaszel mnie denerwuje, ZRÓB COŚ ZE SOBĄ, nie możesz oddychać normalnie?! Nie rozumiem więc, dlaczego do osób mających chorą duszę podchodzi się tak surowo i nie daje im prawa do cierpienia.

Faktycznie, Amy ćpała i piła, uprawiała autodestrukcję na pełnej kurwie. Ktoś, kto myśli płytko, faktycznie może dojść do wniosku, że chciała umrzeć (a na pewno nie chciała żyć). Tylko u mnie dreszcz wywołuje fakt, że jednak wezwała do siebie karetkę. Czyli wiedziała, że umiera. I nie chciała umrzeć.

Marzę o tym, żeby ludzie w ciężkich chwilach jednak milczeli; cisza jest zdecydowanie bardziej wymowna.

20 lipca 2011

Krystyna Kofta o tym, że faceci są równi

I jeszcze słów kilka od Pani Krystyny Kofty w kwestii tego, jakie to wyjątkowe, że facetów w zasadzie nie dotykają ich własne huśtawki nastrojów i to do tego stopnia, że nawet ich nie zauważają:

Reaguję jak mimoza urażona w czułe liście, na wszelkie wahania nastroju swojego męża, który w ciągu jednego popołudnia potrafi przejść od złego humoru, poprzez agresję, aż do sentymentalnej czułości. Zmienia parę razy w ciągu jednego dnia klimat swojego i mojego wnętrza, uważając się przy tym za równego faceta, który nie ulega nastrojom. I w pewnym sensie ma rację, bo to, co dzieje się między nami, a mnie zatruwa myśli, jemu nie przeszkadza ani w pracy, ani w odpoczynku. To ja i ty, droga siostro, męczymy się ze wszystkimi głupstwami i poważnymi problemami, i zawsze za to płacimy.
Czasem wydaję na to drobne, czasem grubą forsę.

Karol mówi, że to kwestia empatii, a raczej jej braku.

19 lipca 2011

Weltschmerz

Dopada mnie czasem. Wbrew pozorom nie wtedy, gdy zbliżają się TE DNI, jak zwykło się przypuszczać. Mój Weltschmerz jest podły, przypierdala się z kiedy się nie spodziewam i w momencie, kiedy chciałabym po prostu zasnąć, wali mnie z zaskoczki prosto w pysk. Cios mokrą rybą w twarz.

Znam siebie na tyle dobrze, że wiem, że czasem 'to' jest ze mną. Zazwyczaj czeka, aż będę zmęczona lub chora lub wszyscy najważniejsi będą poza zasięgiem sieci komórkowej. Staram się nie rozwijać myśli, które mam wtedy w głowie (przysięgam, że nie wiem, skąd się biorą!), nie poświęcać im czasu, tylko przepływać po powierzchni zdarzeń, nie angażować się w nic i unikać trudnych sytuacji i osób. Bo przecież 'if we are wise we know that there's always tomorrow'.

Wtedy, kiedy 'to' jest ze mną, świat wygląda inaczej. Trochę jakby mi do oka wpadł kawałek zwierciadła z 'Królowej Śniegu'. No wszystko nie tak. Przyjaciele troszczą się niedostatecznie, jabłka są za kwaśne lub za słodkie, koty miauczą zbyt głośno, a pies śmierdzi. Tramwaje są jeszcze bardziej tropikalne niż zwykle, ludzi głupi i mający arsenał pytań z dupy, mrówek jest miliard razy więcej, wiatr za zimny, deszcz za mokry.

Tak mnie frustruje ta frustracja, że mam ochotę wziąć rozbieg, pieprznać głową w ścianę i skupić się na jakimś faktycznym bólu, takim namacalnym. Trudno jest zapanować nad pączkowaniem złych myśli, a ja nie lubię bardzo nie móc nad czymś panować. Ewa 'Control freak' Sęt.

Weltschmerz nasilił się w poniedziałek do tego stopnia, że postanowiłam zaplanować niepójście do pracy i wyspać się. Zapomniałam tylko, że ja nienawidzę się budzić (a uwielbiam za to zasypiać). Kilka razy wstałam w nocy i na autopilocie lazłam do lodówki po coś słodkiego (grzeeeeeeeeeech, grzeeeeeeech). Na złość sobie obudziłam się o godzinie jednocyfrowej, zirytowana tym faktem bardzo very odcedziłam psa i wróciłam do łóżka. Jakoś o 15 otworzyłam jedno oko i uznałam, że wolne dni ssą pałkę, kiedy się je przesypia, muszę sobie zrobić taki plakat i następnym razem nie dopuszczać do gnicia w łóżku pół dnia, bo okazało się, że to już nie te lata i nie jara mnie to.

Chyba z trybu Weltschmerz wybił mnie wieczorową porą Śliczny Kolega, za co jestem wdzięczna. I dotarło do mnie, że może na tym właśnie polega cała sprawa, żeby przeżyć te ciężki dni, dać się wyeksploatować czerstwym myślom, nie zwalczać ich, tylko poczekać, aż same pójdą w pizdu.

Tak czy inaczej, Weltschmerz is ovah.

18 lipca 2011

"Gdyby zamilkły kobiety" Krystyny Kofty

Tak tylko na szybko w ten poniedziałkowy poranek.

Wyjątkowo ciężko czyta mi się tę książkę Pani Kofty - wydaje mi się, że z wiekiem (ha, ha) straciłam trochę na ekstremalności i już nie jestem poglądowo krzykliwa. Niemniej jednak, z poniższym fragmentem nie sposób się nie zgodzić będąc mną, zatem zostawiam go tu do przemyślenia:
Wściekłość ratuje moją psychikę. Gdyby Virginia [Woolf, przyp. Sęt] i Sylvia [Plath] bywały wściekłe, żyłyby długo i nieszczęśliwie. Umiały rozpaczać, nie umiały się wściekać.

Nie doświadczyłam ciosów w szczękę, co spotkało delikatną Sylvię Plath z ręki męża-poety, w ogóle nie doznałam żadnych ciosów, wiem, że gdyby mnie to spotkało, musiałabym wyjść na zawsze, nigdy nie wrócić, albo zabić. Nie żartuję.

16 lipca 2011

Bardzovery dobry dzień

Miłe to jest niezmiernie, kiedy mój Śliczny Kolega z Pracy niemal za każdym razem, kiedy się widzimy, gdzieś w połowie dialogu mówi: 'Coś jeszcze miałem ci powiedzieć... Co to było... AAAAA! ZACZNIJ PISAĆ' :)) No i ja się generalnie bardzo staram, tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni Hallson była na zasłużonym chilloucie, więc ogarniałam nasze dwie kuwety, a że sama byłam pourlopowa, to tak jakoś po trosze nie miałam czasu, a po trosze niechciałomisię.

11 godzin w sobotę w fabryce to bardzo dużo. Wdzięczna jestem bezbrzeżnie Istocie Wyższej, że mnie obdarzyła entuzjazmem oraz motywacją, bo gdybym miała warzywić się przez 8 godzin tak jak ci, którzy swojej pracy nie lubią, to zwariowałabym - tak se myślę - po pierwszych 16 godzinach roboczych. No więc mam ten swój entuzjazm i tę swoją motywację. Myślę sobie ciągle, że uśmiech to część uniformu (ha ha) i ci, którzy znają mnie sprzed marksowych czasów, a zwłaszcza z godzin porannych, śmieją się teraz razem ze mną z mojego grypsu z początku tego zdania. Niemniej jednak nie da się zaprzeczyć, że od września ubiegłego roku, kiedy to przystąpiłam do fabrycznej załogi, nauczyłam się cierpliwości, bardzo spokorniałam, trochę się zdyscyplinowałam, jestem bardziej przyjacielska, no i przestałam być suką przez całą dobę, tylko tę sukowatość staram się światu dawkować.

Dziś dzień miałam wielce miły, bo spuściłam sobie z głowy dwie stresujące sprawy. Po pierwsze, w teście na nowe stanowisko nadziobałam zajebiście dobry wynik; a po drugie - udało mi się zauczestniczyć w grze-szkoleniu dla sprzedawców, które kiedyśtam miałabym prowadzić w związku z tym nowym stanowiskiem. My-oh-my, jak mi brakowało szkoleń! Nie byłam może królową grypsu, jak za dawnych dobrych lat, ale i tak ubawiłam się po pachi, bo lepszej grupy nie można było mieć. Nawet było to dość integrujące. Nawet gość, które przez te wszystkie miesiące powiedział do mnie max 10 słów, nawiązał ze mną kontakt wzrokowy, co uznałam za spory sukces interpersonalny ;)

Ale i tak hitem dnia dzisiejszego była sytuacja kuchenna następująca: gratuluję koledze, że dostał nowe stanowisko, klepię go w ramię, mówię: 'aaaaale zajebiście, bardzo się cieszę' generalnie taka jestem bardzovery pro, a gość w połowie mojego entuzjastycznego słowotoku mówi: 'ŁADNA JESTEŚ', na co ja mówię: '___________________C O ? !', na co on mówi: 'ŁADNA JESTEŚ', na co ja mówię: '______________________________?', na co on mówi: 'lubię, kiedy dziewczyny się czerwienią', na co ja mówię: '_________yyy, no to dziękuję ci bardzo, eeeee....' i pędem (a raczej: PĘDEM) wychodzę nie oglądając się za siebie. Takie ze mnie eteryczne dziewczę, nieśmiałe i skromne. [Hint: można mi zamknąć twarz mówiąc coś miłego. Przydatne w awanturkach.]

No i na zakończenie muzyczka a la imprezka w radiu Eska, ale nic na to nie poradzę, że kiedy nie narzekam, czyli czuję się bosko i dosko jednocześnie, to chce mi się tańczyć i wtedy potańczyłabym do tego właśnie:


A może nawet jeszcze sobie potańczę :)))

Dobranoc!

9 lipca 2011

K wiedział, że ten wątek mnie zainteresuje, czyli cytat

"Uspokajam się. I powoli ogarniam. Wczoraj wieczorem, po godzinach harówki, Michał stanął nad Pawłem, wziął go za rękę i zapytał: "Jesteś zmęczony, kocie? Idziemy już?". I wtedy tak się jakoś zachwiałam. Nie, nie dlatego, że chcę, żeby mnie ktoś trzymał za rękę. Pewno, że chcę. Każdy chce. Przynajmniej od czasu do czasu. Pomyślałam sobie... Nie, ja to sobie uświadomiłam, że niczego więcej nie trzeba i niczego więcej nie można, tylko ten uścisk. Tak na moment, dopóki dłonie się nie spocą i jest to jeszcze przyjemne.
- Chciałabym mieć z wami dziecko - rzuciłam wzruszona.
Paweł parsknął śmiechem.
- Jedno? - zapytał Michał. - Czy z każdym z osobna?
- Nie wiem - prawie że chlipałam. - Jak się trafi.
- To bardzo uprzejme z twojej strony, Paulino, ale wiesz, że w tym przypadku nie można zdać się na ślepy traf. Jak to sobie wyobrażasz od strony technicznej?
- Mam w dupie technikę. Jakoś to zorganizujemy.
Paweł spoważniał.
- Nienawidzę dzieci. A zwłaszcza własnych.
- Ja się też nie piszę. Nie zwykłem przelewać spermy w celach charytatywnych.
- Dlaczego nie chcecie mi podać pomocnej dłoni? - siedziałam na skraju łóżka i rozpaczy.
- Nie przesadzaj, Paulinko - Paweł przyciągnął mnie do siebie. - Dłoni ci nigdy nie odmówimy. Weź się w garść.
- Czego, jak czego, ale dzieci na tym świecie nigdy nie zabraknie. Nie musimy produkować własnych.
- Ale ja chciałabym mieć cząstkę was.
- Wiecie co! - Paweł znowu poweselał. - Przyniosłem aparat. Zrobimy sobie zdjęcie w twoim nowym mieszkaniu. Pył się rozwieje w proch, a ty zachowasz cząstkę nas w ramce.
Jakoś mnie udobruchali."

(Bartosz Żurawiecki, Trzech panów w łóżku, nie licząc kota. Romans pasywny.)

Dzień wolny 1/2

Bo w lipcu mam dwa dni wolne - dziś i ostatnią niedzielę. Niedziela mi się należy jak psu buda (choć nie do końca tak jak psu jednak, bo mi tylko jedna w miesiącu), a dziś miał odbyć się rejs Wisłą, na któren biletów zabrakło zanim jeszcze cała ekipa zaczęła je kupować. Więc niejako mam dzień w prezencie, co jest też miłe i może nawet spędzę go właściwie, czyli przyjemnie. Jak dotąd zaczęło się bólem głowy; czasem mam wrażenie, że przy każdej okazji, kiedy nie pędzę i się nie spieszę, mój organizm dokonuje rozprężenia i boli. Strach pomyśleć, co by było, gdybym stale była rozprężona i niepędząca.

Ciężki temat teraz będzie, ale z pozytywnym akcentem. Mam taki kłopot, że powinnam przestać jeść. Nie z powodów estetycznych (bez żartów!), ale zdrowotnych. Moje ciało chyba nie lubi przyjmować pokarmów. Pomimo, że nie mam już problemu z kompulsywnym obżeraniem się (pozbyłam się go razem z wahaniami nastrojów) i nie jem jakoś dużo, to po każdym posiłku jest mi, hmm, dyskomfortowo. Ciocia Dobra Rada, czyli Hallson, zasugerowała, że może np. zamiast jednej bułki na śniadanie powinnam jeść pół bułki, ale półbułkowe śniadanie brzmiało dla mnie tak absurdalnie, że grzecznie się uśmiechnęłam, być może pokiwałam nawet głową ze zrozumieniem, i olałam to. Ale że tydzień zaczął się mdło (if you know what i mean) i to nie tylko za sprawą końca urlopu, postanowiłam wprowadzić zmiany. Przypomniałam sobie wszystkie dobre rady żywieniowe z zamiarem ich implementacji. I okazało się, że kluczem do doskonałego samopoczucia i chudnięcia w głowie i w oczach jest:

- jedzenie połowy zaplanowanego posiłku (czyli pół bułki, połowa zupy, ale za to całe jabłko)
- wmówienie sobie, że się bardzo nie lubi łakoci (coś jak Kasia Tusk z chipsami)
- wpieprzanie owoców i warzyw, za którymi nie przepadam, ale zacznę, bo z braku cukru trzęsą mi się ręce
- zastąpienie chipsów chrupkami (chipsy kooooocham i nie zrezygnuję z tego rodzaju słonycza definitywnie, ale poprzysięgłam sobie, że tylko do 30tki - po tym czasie wygląda się z chipsami dziwnie, co od czasu do czasu powtarzam Annie :P)
- wytrwanie w postanowieniu sprzed kilku miesięcy o niepiciu coli z cukrem
- niejedzenie kfc (które bardzo lubiłam, ale z powodów etycznych nie zjem, choćby skały srały i był to ostatni pokarm na ziemi) i innych shitów, chyba że na kacu albo wracając rano po nocnej imprezie (nie dotyczy kfc).

I tak się oto stałam jeszcze lżejsza, piękniejsza i mądrzejsza, bo zastosowałam dobre rady tych, co się znajo. Mam z tego dużo radości i trochę sobie dorzuciłam punktów do lansu za tę połowę bułki. I, sorry, ciągle o tym mówię, że jestem taka dobra z tymi połówkami. Mam nadzieję, że niebawem znajdę sobie nowy temat do jarania się, lepszy niż ja sama ;)

Muzyczka dobra na dzień dobry:


6 lipca 2011

W czasie deszczu dzieci się nudzą

Ja naprawdę bardzo lubię deszcz. Uspokaja mnie słuchanie deszczu w takiej sytuacji na przykład: ja, koc, chillout z głośników, książka i otwarte okno. To to właśnie lubi Ewa Sęt. Ewa Sęt nie lubi, kiedy wstaje rano i słyszy to mokre kląskanie zza okna i dopada ją świadomość, że już zaraz, już za chwilę trzeba wstać, popierdalać do łazienki, doprowadzić się do stanu w miarę estetycznego oraz ubrać się w coś, co nie przemoknie i nie będzie koszmarnie ubłocone (a trzeba wiedzieć, że Ewa Sęt jest nisko skanalizowana, więc wszystkie spodnie leżą jej na ziemi). Ewa Sęt nie lubi nosić kaptura, bo jej włosy opadają, a poza tym i tak musi mieć parasol, a parasol jest niewygodny w tramwaju............. Niechaj się już skończy ta przeklęta pora deszczowa, bo chciałabym, żeby mi pranie wyschło. I nie mam mocy na szukanie kaloszy, pomimo że widzę, że kalosze to jednak must.

Ostatnie dwa dni były z wielu względów dość ciężkie. Przede wszystkim niemoc w kwestii rozwijania kariery (lmfao, hahahaha) w handlu i reklamie. No kurwa, no tak strasznie mi się nie chciało, że nie umiem tego wyrazić inaczej niż: no kurwa, no tak strasznie mi się nie chciało... Nie lubię być leszczem, nie lubię nie lubić (choć możnaby pomyśleć inaczej), no a przede wszystkim nie lubię się zmuszać. Było ciężko. Poza tym miałam celofanową obsesję, o której nie będę się rozpisywać, nadmienię tylko, że po wpadnięciu w fazę 'panna z celofanu' wychodzi ze mnie koszmar i popełniam, tak na oko i mniej-więcej, wszystkie błędy w komunikacji interpersonalnej. Z pomocą przyszła Halle, która o tyle mnie zaskakuje, że zazwyczaj jebie mnie znienacka oraz wspiera mnie również znienacka. Po wczorajszym papierosowym small talku ogarnęłam się w stopniu znacznym, za co jestem Hallsonowi bardzo wdzięczna.

Ilustracja muzyczna do fazy celofanowej:


Zbieram się w środku do wypowiedzi na temat pewnego projektu obywatelskiego, który powinien być odrzucony, a został skierowany do dalszych prac, ale jeszcze chwilę spokoju w głowie sobie podaruję. Już niedługo rzygnę racjonalnymi argumentami, najlepszymi, bo moimi.

Tymczasem - do pracy!

4 lipca 2011

Post powitalny i zajebiście ważne pytanie


W pierwszym dniu po urlopie zdałam sobie sprawę, że czas zadać sobie zajebiście ważne pytanie o to, co chcę w życiu robić. I zacząć to robić.

Wbrew temu, co myślałam, pasją moją nie jest chodzenie do pracy. Do drugiej też nie. Stres mnie nocą dopadł z powodu zakończenia urlopu i przysięgam, że czuję dziś całą sobą zero entuzjazmu. W swoim dotychczasowym świecie nie czuję się niezbędna i muszę szybko wymyślić coś, żeby się wypełniać radością o poranku każdego dnia.

Wczoraj postanowiłam osłodzić sobie dzisiejsze rano i kupić słuchawki do odtwarzacza oraz przed pracą wypić kawę z Anną, moją dziewczyną z fejsbuka. Los nam jednak nie sprzyjał. Saturn okazał się zamknięty, z Anną minęłyśmy się w tym miejscu, którego nienawidzę bardziej niż swoich sąsiadów, ochota na kawę mi przejszła. Trzymałam się jeszcze kurczowo myśli, że oto znów będę spędzać 8 godzin (jeśli zdołam się nie spóźniać) z moimi ulubionymi współpracowaczami, ale na miejscu okazało się, że wymarzyłam sobie więcej czasu niż dane nam jest spędzić w natłoku obowiązków i tak oto, proszę ja kogo, mam pourlopową depresję chyba.

Magda, przyjaciółka ma najdroższa, zaczepiła mnie dziś smsem z krótką informacją, że jest konkurs literacki i może chciałabym go wygrać. W sumie to może bym chciała. Nagrodą jest walizka firmowa (choć ja się na firmach nie znam). Co prawda nie lubię podróżować, ale może mogłabym ją sprzedać na allegro i mieć choć przez chwilę drobne na drobne przyjemności. I wieczną sławę, nie wszystek umrę, lub chociaż kilkumiesięczną. A potem mogłabym robić karierę jako felietonistka, wstawać rano, czyli jak się obudzę, pić kawę, włączać komputer i szyć słowami. I dostawać za to pieniądze. Piękna wizja.

Dobra, trzeba tylko wygrać ten konkurs, a do tego czasu nie zwariować z pourlopowej frustracji.