Nie wiem, czemu aż tyle czasu zwlekałam z przeobrażeniem się
w Sporty Spice, lenistwo mnie pewnie powstrzymywało. Najważniejsze jednak, że
udało mi się w końcu wsiąść na nabyty przed laty rower, którego podróż po
różnych skryjdach była nawet dłuższa niż moje bieżące przejażdżki na nim. I
tak, faktycznie mam świadomość tego, że mnie ogarnęła nadgorliwość neofity, ale
jednak nie mogę, no nie mogę się powstrzymać od gadania wszem i wobec o
blaskach i cieniach życia cyklistki w wielkim mieście.
Przede wszystkim dumą napawa mnie fakt, że mam uda twarde
jak skały. Mogłabym nimi łupać orzechy, gdybym nie bała się siniaków ;)
Siniaków btw też jest wiele, gdyż miasto to nie jest przystosowane (i to nie
jest wielopłaszczyznowo) do jazdy rowerem, co się kumuluje z moim jakże wysokim
współczynnikiem nieskoordynowania.
Poza miejskim nieprzystosowaniem są jeszcze piesi – i jest
to wielce ciekawe zjawisko, jak z gorliwego piechura zmieniłam się w
nienawistnego kierowcę pojazdu
jednośladowego. Prawdę mówiąc podczas ostatniej podróży z Mokotowa na
Żoliborz sama w swojej głowie doszłam do ściany, gdyż nie byłam w stanie
wymyślać już nowych inwektyw na tych ludzi, co łażą ni to z lewej strony
chodnika, ni to z prawej, a jak już by się chciało ich ominąć, to właśnie wtedy
czują chęć, by przystanąć. Na tym chodniku. Na jego środku. A wiecie, ja po
jezdni z samochodami jeździć nie będę, bo mi życie miłe trochę. Z dwojga złego
wolę więc złorzeczyć na pieszych… !@#^&^$@#$%^&&*)()_
No a najważniejsze, że to miejskie pedałowanie to bardzo
robi porządek w głowie i mi jest w życiu cudownie teraz. Takie mam wrażenie, że
rzeczy są prostsze ostatnio, normalnie opuściły mnie życiowe dylematy. To te
endorfiny, co się wydzielają, jak się człowiek zmacha. Także rower to bym
rekomendowała na brak słonka inside, a już szczególnie tym, których co jakiś
czas, tak jak mnie, wciąga czarna dziura. Nie od dziś wiadomo, drogie dziatki,
że w zdrowym ciele zdrowy duch ;)
Serdeczne pozdro, lots of love przy piąteczku. Nie zapijcie
się ;)