17 grudnia 2012

Grudniowe by the way

By the way, to już nie jest czas na rower, o czym przekonałam się dziś o poranku, jadąc do pracy na kółkach dwóch, no bo w końcu jest odwilż i temperatura na plusie. Otóż, darlings, okazało się, że sobie można wielotygodniowe ćwiczenia z omijania nierozgarniętych i zaspanych o poranku pieszych wsadzić...do rowerowego koszyka, gdyż wszystkie te nauki nijak się mają wobec lodu na chodniku. Tak więc jadąc sobie do pracy, wypierniczyłam się na rowerze, oczywiście przy autobusowym przystanku, żeby mieć jak najszerszą publiczność. Publika szalała! Na szczęście opanowałam do perfekcji upadanie na rowerze, po miesiącach prób i błędów, więc nawet specjalnie się nie utytłałam, tylko z godnością pozbierałam torebki z ziemi i udałam się w dalszą podróż. Nic tak nie rozbudza, jak solidne pierdolnięcie o glebę. Polecam, Boska Sętoska.

Grudniowe zadumy i inne takie takie

Stało się i obwieściłam to już na fejsie - zanuciło mi się niechcący świąteczną piosenkę. Jako że nie mogę się dłużej wzbraniać przed tym, gdyż ewidentnie już mnie wciągnęło, palnęłam sobie nektarynkowo-pomarańczowego świeka (w którego kot teraz niestrudzenie wsadza łapę), puściłam xmas mix i się zadumałam.

Piosenką zeszłorocznych świąt było bezsprzecznie "Have yourself a merry little Christmas" w wersji Elli Fitzgerald. Magicznie mnie ta piosenka trzymała na powierzchni, bo przecież końcówka ubiegłego roku to był jakiś 9. krąg piekła, z tym całym brakiem pracy, mieszkania, potrzaskanym serduszkiem i jeszcze Dziurką wyjeżdżającą do ciepłych krajów. No więc, niczym Oksana, miałam wtedy nadzieję na przyszłość i ta nadzieja zaklęta była szczególnie w dwóch fragmentach: (1) "let your heart be light, next year all our troubles will be out of sight" oraz (2) "faithful friends who are dear to us will be near to us once more".

No więc dziś sobie tak siedzę i troską moją najgłówniejszą jest to, że mi jest zimno w kostki. Praca jest (i to bardzo spoko), mieszkać mam gdzie, serduszko zamiotłam z gleby i jakoś polepiłam, a Dziurka szczęśliwie powróciła i jest, i nawet świąteczne ciasto żeśmy sobie zeżarły. Wszystko się zmieniło! No i teraz kiedy słyszę to "have yourself a merry little christmas", to mnie wzruszenie ściska za gardło, a że ostatnio częściej słyszę (taki okres w roku :P) oraz bardziej jestem skłonna do głębokich wzruszeń generalnie, to taka jestem ściśnięta wzruszeniem co najmniej raz dziennie ;)

W tym roku wielka, wielka, świąteczna zmiana, gdyż w końcu postanowiłam, osiągnąwszy wiek nawet nie chrystusowy, że czas święta spędzić wg swojego pomysłu. No i oczywiście od postanowienia do przekazania decyzji poszczególnym osobom minęło trochę czasu, ale w końcu się na odwagę zdobyłam i this year christmas will be ours, jak rzekł Jack Skellington ;) Kuro odkryła przede mną mój nowy ulubiony świąteczny trunek o wdzięcznej nazwie Soplica Malinowa. Frikin osom!

Także teraz tylko muszę uruchomić świąteczną manufakturę i będzie pięknie, pięknie, najpiękniej!

And also, jak mawia Anna, have YOURSELF a merry little christmas :)