25 września 2011

Pogodna rezygnacja i jej konsekwencje

Od czasu do czasu bywa tak, że człowiek się budzi i pierwszą myślą jest: "o kurwa, niech ten dzień się już skończy, żeby w końcu można było iść spać". Zdarza się, że ten stan trwa dłużej (i wtedy najlepiej byłoby udać się do specjalisty i sprawdzić, czy przypadkiem nie dopadła nas parszywa jednostka chorobowa na literę D). Jeśli ktoś takich stanów nie miewa, czem prędzej powinien udać się do specjalisty i sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, bo jak to powiedziała Sylwia Chutnik ustami jednej z bohaterek Kieszonkowego atlasu kobiet:
Nie czuć nic w tym zgniłym świecie, to po prostu trzeba mieć nierówno pod czaszką.
Więc zachęcam, taka to dygresja, służąca profilaktyce chorób psychicznych. Ale do brzegu.

Kilka dobrych lat temu udałam się do specjalisty na kontrolę i wpisał w moją kartę 6 magicznych słów: myśli rezygnacyjne bez tendencji do realizacji. Im jestem starsza, tym jestem zdrowsza, takie mam wrażenie, i TE myśli przestały kwitnąć w mojej głowie i wypełniać każdą lukę, ale czas od startu do obecnego punktu zaowocował masą refleksji nad konsekwencjami realizacji myśli r.

Bo przecież jako osoba uznająca istnienie Istoty Wyższej, muszę się liczyć z tym, że to Ona decyduje i za każdą dziubas-samowolkę spotka delikwentkę/a kara. Sroga. Zainspirowana cytatem Kuczoka myślę, że najgorszą, najokrutniejszą karą jest oglądanie przez wieczność swojego życia: nietrafnych decyzji, straconych okazji i całego tego niezbyt apetycznego shitu, który sprawia, że człowiek przestaje chcieć być.

Dowiedziałam się też, że w pewnej protestanckiej wspólnocie wyznaniowej są tzw. prorocy, których Bóg zesłał na jeden dzień do piekła, żeby je zwiedzili i potem o nim opowiadali. I z proroctw dowiadujemy się, że piekło jest spersonalizowane, dostosowane do grzesznika. Że spędza się wieczność w izolatce i samotności tak przejmującej, że pozostaje tylko wyć z rozpaczy (CAŁĄ WIECZNOŚĆ). Lub że cierpi się głód taki, którego mózg nie jest sobie w stanie wyobrazić. Albo że smród, nie do zniesienia i co gorsza - niekończący się.

To straszenie piekłem wydaje mi się bardziej katolickie niż protestanckie, a ja lubię myśleć o Istocie Wyższej w sposób protestancki właśnie. Że jest Miłością. Że w przeciwieństwie do swojej starotestamentowej wersji (grzesznicy, Sodoma, plagi, Hiob, etc.) jest jednak po naszej stronie, a nie po stronie zasad dla zasad (być może w mojej głowie złagodniał, bo w końcu ma syna, to podobno sporo zmienia). Że nie będzie zsyłał do spersonalizowanego piekła tych, którzy kochają osoby tej samej płci, bo sam akt miłości będzie najważniejszy. Że nie będzie karał samobójców, tylko weźmie pod uwagę okoliczności - to w jakiej ktoś był pułapce, w jakiej czarnej dziurze, że podniósł na siebie rękę.

Wreszcie: lubię mieć wszystko zaplanowane, zaplanowałam więc moje afterlife. Bo wierzę, że afterlife, jak piekło, też jest spersonalizowane. I że spędza się tam czas ultrazajebiście. No i najważniejsze, że ktoś już tam na mnie czeka.

Dlatego też myśli r., jeśli już wykiełkują, pozostają u mnie na etapie kiełka. Fajnie? ;)

(Czasem martwię się o siebie w kontekście tego, że im sytuacja bliskich i moja jest trudniejsza, tym więcej we mnie pewności, że wszystko, co złe, ma sens i kres. Czy to optymizm, czy już choroba?)

Geneza hasła 'pogodna rezygnacja' jest tu.

17 września 2011

Think big

Bo wszystko zaczyna się od marzeń, tak mówio w reklamie Lotto, zatem ja spontanicznie nabyłam dziś za ostatnie monety dwa... nawet nie wiem, jak to się nazywa... losowania? strzały? skreślenia? No nie wiem, w każdym razie zapłaciłam 6 zło skuszona wizją 13 milionów. Ponieważ generalnie w moim życiu występuje brak farta, żeby nie powiedzieć, że chamski, ordynarny niefart, to postanowiłam nie ryzykować i wybrałam tylko jedną szóstkę, a drugą wylosowała maszyna, tak na wszelki.

W przypadku standardowej puli 2 milionów szkoda mi rysika ołówkowego. Już jakiś czas temu przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że 2 miliony tylko spowodowałyby dziką ochę na PRAWDZIWE pieniądze, więc odpuszczam na starcie. 2 miliony to jak oblizać pudełko po pistacjowych lodach (no w sensie, że ktoś już je zeżarł i zostało tylko to pudełko, you know).

No ale 13 mln - no to już jest coś. 10% ucieknie na podatek, więc na sprawunki będę mieć 11,7 mln. 1/3, czyli jakieś 4 mln lecą do Szlachcica, bo taki mamy deal. A potem (kolejność losowa): zrobię sobie cycki (będą mniejsze), spłacę długi, pójdę do szkoły trenerów oraz postudiować kulturoznawstwo, pojadę na zakupy do Londynu i porobić trochę zdjęć w Nowym Jorku, zahaczę o Afrykę (koniecznie Maroko i Kenia!), kupię mieszkanie w kamienicy na Pradze. Albo kupię całą kamienicę (THINK BIG)! Będzie tam mieszkanie moje i mieszkania dla przyjaciół (przynajmniej dla tych, których nie obrzydza Praga - pozdrawiam, Karolu), na poziomie -1 zorganizujemy klub dla koneserów pięciosekundówek by DJ Halle Bunny, wszakże Helajna musi mieć pole do twórczej ekspresji, na poziomie 0 - lanserską klubokawiarnię/restaurację, która będzie poza mainstreamem, czyli w przeciwieństwie do najmodniejszych knajp będzie w niej czysto, a w toalecie będzie papier toaletowy, mydło i ciepła woda. Mam nadzieję, że gotować tam będzie Karol, ja mogę zapewniać muffiny, Rośleska być może ogarnie gofry, bo jest niekwestionowaną Queen of Waffles. A jak już znudzi się nam ten cały praski lans, zrobimy sobie tam dom spokojnej starości; a jak już znudzi nam się spokojna starość, to urządzimy sobie dom niespokojnej starości, a co!

Tylko teraz należy trzymać kciuki za szczęśliwe skreślenia. Niechaj Istota Wyższa czuwa nad kulkami w losowaniu, niechaj się ułożą po myśli mojej. A potem dajcie mi tydzień :]


14 września 2011

Alter ego

Paszczak stał w kuchni z lampą w łapie i myślał o tym, jakie to jest przygnębiające, jaki niewesołe, kiedy trzeba wyszukać materac, znaleźć miejsce, gdzie by go położyć, a potem rozebrać się i przyznać, że jeszcze raz z dna zrobiła się noc. "Jak to się dzieje, że tak jest? - zastanawiał się w osłupieniu. - Tak się czułem szczęśliwy przez cały dzień. Co to było, że wszystko wydawało się takie proste?"
Tove Jansson - Dolina Muminków w listopadzie (dokąd zmierzam)

13 września 2011

Doctor doctor, is my purse anorexic?, czyli wyznania zakupoholiczki i inne

No więc zmiany przyszły. Jest różnie i to jest dobry objaw, bo to, że jest różnie, a nie tylko chujaszczo, jest efektem mojej ciężkiej pracy nad szukaniem dobrych aspektów zmian. Każdego dnia odkrywam, że jest we mnie nutka optymistki i my'o'my, kto by się tego po mnie spodziewał?

Generalnie (= nie wchodząc w szczegóły zdarzenia) zamykam właśnie 4 lata spędzone z najbardziej wyjątkowymi ludźmi i czuję się z tym trochę tak, jakbym połknęła najcięższy odważnik, jaki umiem sobie wyobrazić. Przede mną: nie wiem co, nie wiem gdzie, nie wiem jak i nie wiem z kim. I za ile, i na ile.

Opcji jest oczywiście dużo, w końcu żyję w tym szczególnym miejscu Europy, gdzie prawie wszystko jest możliwe. Ostatecznie dokonam relokacji i wyjadę gdzieś, z kimś, po coś, na ileś czasu. Wszystko przede mną.
___

Obiecałam sobie ostatnio, że będę kupować w miesiącu tylko jedną książkę i tylko jedną płytę. Mam taki problem, że jeśli cena jakiegoś przedmiotu nie przekracza 30-40 zło, to nie figuruje w mojej głowie jako istotna. Więcej wydaję na obiad w knajpie. I niestety, niestety, łapię się czasem na tym, że na przykład kupuję w jednym miesiącu 5-6 przedmiotów za nieistotną cenę i nagle okazuje się, że mi brakuje na fajki. Smutna rzecz.

No więc jest to postanowienie. Tylko że zachorowałam ostatnio na Moloko. I chcę mieć od ręki wszystkie płyty. A w pamięci mam cały czas, że 23 września jest premiera płyty Kasi Nosowskiej i chcę kupić nie jedną, a dwie takowe płyty. Więc zmagam się ze sobą. Kupić, nie kupić, kupić, nie kupić, kupić, kupić, nie kupić.

Może mogłabym kupić skoro moja fejsbukowa dziewczyna zobowiązała się zapłacić za moją nową sukienkę? I odroczyć mi płatność? Aaaaaa!!! I'ma shop shop til I drop drop.
___

Znienacka okazało się, że październik będzie najfajniejszym miesiącem w tym roku. Być może nawet przyćmi legendarny urlopowy lipiec. W październiku, proszę ja kogo, będzie tak:

#1 będę mieć jedną pracę na 3/4 etatu i dwie pensje i po roku zapieprzania jak osioł będę mieć czas dla wszystkich, którzy chcieliby, żebym go dla nich miała

#2 będę mieć 2 i 1/2 wolnego weekendu,

#3 są urodziny Kamila, których zamierzam nie pamiętać, więc je zdigitalizuję i na tej podstawie będę dokonywać rekonstrukcji zdarzeń,

# 4 przyjeżdża dawno niewidziany poznański ziom i będziemy mieć okazję przenieść naszą znajomość z fejsbuka do reala, so exciting!

#5 last but not least - K R A K Ó W, z którego mam nadzieję wrócić odmieniona, pewna siebie, skacowana, wypoczęta, nabuzowana Bronkową energią do granic możliwości.

Zatem: byle do października! :)