29 lipca 2011
Luźna myśl #1
27 lipca 2011
Pani Kofta o połówkach jabłka
W domu, w szkole, w powieściach wciąż powtarzały się nudne porównania do dwóch połówek jabłka. Nikt nie uprzedzał, że w taki sposób scalone jabłko może zacząć gnić od środka. Porównywało się parę do dwóch słodkich turkaweczek czy dwóch łagodnych gołąbeczków, co to "z dzióbków sobie jedzą". Pozostałość tej idealnej wersji można jeszcze obserwować na ślubnych tortach i ozdobnych telegramach. Takiego ścisłego dopasowania życzą nowożeńcom przyjaciele, przesyłając życzenia ozdobione ptactwem trzymającym obrączki w dziobach. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto byłby w tym stopniu do mnie podobny, a gdybym trafiła na kogoś takiego, uciekłabym, gdzie pieprz rośnie, ponieważ zawsze uważałam, że ciekawe jest to, co inne. Dwa gołąbki wzbudzały śmiech pusty, bo od zarania emocjonalnych kontaktów wiedziałam, że najważniejsza jest walka. Nawet z tymi, których się kocha, a może zwłaszcza z tymi.
24 lipca 2011
O instynkcie stadnym, którego mi brak, i innych takich-takich
I tak oto spędzam czas nie angażując się praktycznie w nic.
KILKA SŁÓW O...
Obce są mi emocje stadne. Nie odczuwam emocji grupowych - nie płakałam po papieżu, prezydencie i po Michaelu Jacksonie też nie. Oceniam te zdarzenia rzeczywiście jako bardzo przykre, choć nie bardziej przykre niż śmierć osób, które codziennie giną w wypadkach samochodowych. Być może zdrewniałam, być może jest to kwestia osobistych doświadczeń, po których właściwie nic nie robi już na mnie wrażenia. Wiem natomiast, że w takich chwilach przeciętny człowiek ma potrzebę przynależenia do grupy, która jego emocje z nim dzieli.
A teraz kontekst powyższej refleksji: wracam z pracy w sobotę i dostaję smsa, że Amy nie żyje. Ponieważ trudno mi było w to uwierzyć, zajrzałam na fejsa i rzeczywistość nie chciała być inna - wielu moich znajomych zapostowało taką informację. Pierwsza myśl była mniej więcej taka: ojej, to, że się tego spodziewałam, wcale nie ułatwia sprawy. Podłączyłam się zatem do sieci i obczytałam wszystko, co się da. I trochę teraz żałuję, bo okazało się, że ludzie mnie drażnią.
Pierwsza grupa - ci z instynktem stadnym. Zauważyłam, że muszą COKOLWIEK powiedzieć, żeby zaakcentować, że należą do grupy. Do tej cierpiącej. Więc sypią banałami jak z rękawa, piszą rzeczy, których wstydziłabym się pomyśleć (I hope there's rehab in Heaven). Bardzo chciałam napisać: nie mów, jeśli nie masz nic do powiedzenia!, ale przypomniałam sobie, że cudzych emocji się nie ocenia, zwłaszcza przez pryzmat swoich. Więc wzbiłam się na wyżyny tolerancji i postanowiłam po prostu nie czytać już ani jednego komentarza.
Druga grupa - hejtersi. Ci zdecydowanie wzbudzają moją niechęć i w dupie mam tolerancję.
NIE PŁAKAŁEM PO AMY WINEHOUSE.
MOGŁA NIE CHLAĆ I NIE ĆPAĆ.
NIE JEST MI JEJ SZKODA, MOGŁA COŚ ZROBIĆ ZE SWOIM ŻYCIEM, ALE NIE ZROBIŁA. CHYBA WIEDZIAŁA NA CO SIĘ PISZE, JAK ZACZYNAŁA ĆPAĆ.
Otóż, drodzy hejterzy, nic nie wiemy o Amy. Nic nie wiemy o jej walce ze sobą i o jakości jej życia. Rozsądny człowiek nie wypowiada się o rzeczach, o których nie ma pojęcia. Ale nie hejter, hejter się wypowiada, bo jego świat jest czarno-biały. TRZEBA BYŁO COŚ ZROBIĆ ZE SOBĄ. Nie mogę spokojnie słuchać ograniczonych ludzi, brak mi dystansu i cierpliwości. Przeciętny człowiek nie ma świadomości, że choroby psyche są tak samo ciężkie jak choroby ciała i tak samo są poza wolą chorego. Do osoby która ma zapalenie oskrzeli nie mówimy raczej: a weź już przestań, ten kaszel mnie denerwuje, ZRÓB COŚ ZE SOBĄ, nie możesz oddychać normalnie?! Nie rozumiem więc, dlaczego do osób mających chorą duszę podchodzi się tak surowo i nie daje im prawa do cierpienia.
Faktycznie, Amy ćpała i piła, uprawiała autodestrukcję na pełnej kurwie. Ktoś, kto myśli płytko, faktycznie może dojść do wniosku, że chciała umrzeć (a na pewno nie chciała żyć). Tylko u mnie dreszcz wywołuje fakt, że jednak wezwała do siebie karetkę. Czyli wiedziała, że umiera. I nie chciała umrzeć.
Marzę o tym, żeby ludzie w ciężkich chwilach jednak milczeli; cisza jest zdecydowanie bardziej wymowna.
20 lipca 2011
Krystyna Kofta o tym, że faceci są równi
Reaguję jak mimoza urażona w czułe liście, na wszelkie wahania nastroju swojego męża, który w ciągu jednego popołudnia potrafi przejść od złego humoru, poprzez agresję, aż do sentymentalnej czułości. Zmienia parę razy w ciągu jednego dnia klimat swojego i mojego wnętrza, uważając się przy tym za równego faceta, który nie ulega nastrojom. I w pewnym sensie ma rację, bo to, co dzieje się między nami, a mnie zatruwa myśli, jemu nie przeszkadza ani w pracy, ani w odpoczynku. To ja i ty, droga siostro, męczymy się ze wszystkimi głupstwami i poważnymi problemami, i zawsze za to płacimy.Czasem wydaję na to drobne, czasem grubą forsę.
19 lipca 2011
Weltschmerz
18 lipca 2011
"Gdyby zamilkły kobiety" Krystyny Kofty
Wściekłość ratuje moją psychikę. Gdyby Virginia [Woolf, przyp. Sęt] i Sylvia [Plath] bywały wściekłe, żyłyby długo i nieszczęśliwie. Umiały rozpaczać, nie umiały się wściekać.Nie doświadczyłam ciosów w szczękę, co spotkało delikatną Sylvię Plath z ręki męża-poety, w ogóle nie doznałam żadnych ciosów, wiem, że gdyby mnie to spotkało, musiałabym wyjść na zawsze, nigdy nie wrócić, albo zabić. Nie żartuję.
16 lipca 2011
Bardzovery dobry dzień
9 lipca 2011
K wiedział, że ten wątek mnie zainteresuje, czyli cytat
Dzień wolny 1/2
6 lipca 2011
W czasie deszczu dzieci się nudzą
4 lipca 2011
Post powitalny i zajebiście ważne pytanie
W pierwszym dniu po urlopie zdałam sobie sprawę, że czas zadać sobie zajebiście ważne pytanie o to, co chcę w życiu robić. I zacząć to robić.
Wbrew temu, co myślałam, pasją moją nie jest chodzenie do pracy. Do drugiej też nie. Stres mnie nocą dopadł z powodu zakończenia urlopu i przysięgam, że czuję dziś całą sobą zero entuzjazmu. W swoim dotychczasowym świecie nie czuję się niezbędna i muszę szybko wymyślić coś, żeby się wypełniać radością o poranku każdego dnia.
Wczoraj postanowiłam osłodzić sobie dzisiejsze rano i kupić słuchawki do odtwarzacza oraz przed pracą wypić kawę z Anną, moją dziewczyną z fejsbuka. Los nam jednak nie sprzyjał. Saturn okazał się zamknięty, z Anną minęłyśmy się w tym miejscu, którego nienawidzę bardziej niż swoich sąsiadów, ochota na kawę mi przejszła. Trzymałam się jeszcze kurczowo myśli, że oto znów będę spędzać 8 godzin (jeśli zdołam się nie spóźniać) z moimi ulubionymi współpracowaczami, ale na miejscu okazało się, że wymarzyłam sobie więcej czasu niż dane nam jest spędzić w natłoku obowiązków i tak oto, proszę ja kogo, mam pourlopową depresję chyba.
Magda, przyjaciółka ma najdroższa, zaczepiła mnie dziś smsem z krótką informacją, że jest konkurs literacki i może chciałabym go wygrać. W sumie to może bym chciała. Nagrodą jest walizka firmowa (choć ja się na firmach nie znam). Co prawda nie lubię podróżować, ale może mogłabym ją sprzedać na allegro i mieć choć przez chwilę drobne na drobne przyjemności. I wieczną sławę, nie wszystek umrę, lub chociaż kilkumiesięczną. A potem mogłabym robić karierę jako felietonistka, wstawać rano, czyli jak się obudzę, pić kawę, włączać komputer i szyć słowami. I dostawać za to pieniądze. Piękna wizja.
Dobra, trzeba tylko wygrać ten konkurs, a do tego czasu nie zwariować z pourlopowej frustracji.
