29 lipca 2011

Luźna myśl #1

Okazało się, że do zachowania pełni zdrowia psychicznego, tudzież szeroko pojętej stabilności emocjonalnej, potrzebuję pracować do utraty tchu. Wczorajszy dzień wolny doprowadził mnie niemalże do totalnego załamania i to do tego stopnia, że aby się uratować, pomalowałam paznokcie.

Czego prawie nigdy nie robię.

27 lipca 2011

Pani Kofta o połówkach jabłka

W domu, w szkole, w powieściach wciąż powtarzały się nudne porównania do dwóch połówek jabłka. Nikt nie uprzedzał, że w taki sposób scalone jabłko może zacząć gnić od środka. Porównywało się parę do dwóch słodkich turkaweczek czy dwóch łagodnych gołąbeczków, co to "z dzióbków sobie jedzą". Pozostałość tej idealnej wersji można jeszcze obserwować na ślubnych tortach i ozdobnych telegramach. Takiego ścisłego dopasowania życzą nowożeńcom przyjaciele, przesyłając życzenia ozdobione ptactwem trzymającym obrączki w dziobach. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto byłby w tym stopniu do mnie podobny, a gdybym trafiła na kogoś takiego, uciekłabym, gdzie pieprz rośnie, ponieważ zawsze uważałam, że ciekawe jest to, co inne. Dwa gołąbki wzbudzały śmiech pusty, bo od zarania emocjonalnych kontaktów wiedziałam, że najważniejsza jest walka. Nawet z tymi, których się kocha, a może zwłaszcza z tymi.

24 lipca 2011

O instynkcie stadnym, którego mi brak, i innych takich-takich

Ha! Zbyt szybko odtrąbiłam koniec Weltschmerzu. Ale tak mnie zaczął wkurwiać ten stan ducha i ciała, że udałam się do apteki, nabyłam magnez (na złe myśli) i chrom (na obrzydliwą chęć spożywania słodyczy w czasie, gdy mam złe myśli) i czekam. Chrom już działa, więc na szczęście nie wyjdę z tego Weltschmerzu 800 kg cięższa.

Z braku spektakularnych wydarzeń i intensywnych emocji postanowiłam cieszyć się drobiazgami, które sprawiają mi przyjemność. Codziennie wieczorem leżę więc sobie i zaciągam się powietrzem, które ewidentnie pachnie sierpniowo. Po sierpniu jest wrzesień, a wrzesień to zwiastun mojej ulubionej pory roku. W ramach drobnych przyjemności i w myśl zaproponowaną przez Piksele (agde.blox.pl) nie zmuszam się do kontaktów towarzystkich:

I tak oto spędzam czas nie angażując się praktycznie w nic.

KILKA SŁÓW O...

Obce są mi emocje stadne. Nie odczuwam emocji grupowych - nie płakałam po papieżu, prezydencie i po Michaelu Jacksonie też nie. Oceniam te zdarzenia rzeczywiście jako bardzo przykre, choć nie bardziej przykre niż śmierć osób, które codziennie giną w wypadkach samochodowych. Być może zdrewniałam, być może jest to kwestia osobistych doświadczeń, po których właściwie nic nie robi już na mnie wrażenia. Wiem natomiast, że w takich chwilach przeciętny człowiek ma potrzebę przynależenia do grupy, która jego emocje z nim dzieli.

A teraz kontekst powyższej refleksji: wracam z pracy w sobotę i dostaję smsa, że Amy nie żyje. Ponieważ trudno mi było w to uwierzyć, zajrzałam na fejsa i rzeczywistość nie chciała być inna - wielu moich znajomych zapostowało taką informację. Pierwsza myśl była mniej więcej taka: ojej, to, że się tego spodziewałam, wcale nie ułatwia sprawy. Podłączyłam się zatem do sieci i obczytałam wszystko, co się da. I trochę teraz żałuję, bo okazało się, że ludzie mnie drażnią.

Pierwsza grupa - ci z instynktem stadnym. Zauważyłam, że muszą COKOLWIEK powiedzieć, żeby zaakcentować, że należą do grupy. Do tej cierpiącej. Więc sypią banałami jak z rękawa, piszą rzeczy, których wstydziłabym się pomyśleć (I hope there's rehab in Heaven). Bardzo chciałam napisać: nie mów, jeśli nie masz nic do powiedzenia!, ale przypomniałam sobie, że cudzych emocji się nie ocenia, zwłaszcza przez pryzmat swoich. Więc wzbiłam się na wyżyny tolerancji i postanowiłam po prostu nie czytać już ani jednego komentarza.

Druga grupa - hejtersi. Ci zdecydowanie wzbudzają moją niechęć i w dupie mam tolerancję.

NIE PŁAKAŁEM PO AMY WINEHOUSE.

MOGŁA NIE CHLAĆ I NIE ĆPAĆ.

NIE JEST MI JEJ SZKODA, MOGŁA COŚ ZROBIĆ ZE SWOIM ŻYCIEM, ALE NIE ZROBIŁA. CHYBA WIEDZIAŁA NA CO SIĘ PISZE, JAK ZACZYNAŁA ĆPAĆ.

Otóż, drodzy hejterzy, nic nie wiemy o Amy. Nic nie wiemy o jej walce ze sobą i o jakości jej życia. Rozsądny człowiek nie wypowiada się o rzeczach, o których nie ma pojęcia. Ale nie hejter, hejter się wypowiada, bo jego świat jest czarno-biały. TRZEBA BYŁO COŚ ZROBIĆ ZE SOBĄ. Nie mogę spokojnie słuchać ograniczonych ludzi, brak mi dystansu i cierpliwości. Przeciętny człowiek nie ma świadomości, że choroby psyche są tak samo ciężkie jak choroby ciała i tak samo są poza wolą chorego. Do osoby która ma zapalenie oskrzeli nie mówimy raczej: a weź już przestań, ten kaszel mnie denerwuje, ZRÓB COŚ ZE SOBĄ, nie możesz oddychać normalnie?! Nie rozumiem więc, dlaczego do osób mających chorą duszę podchodzi się tak surowo i nie daje im prawa do cierpienia.

Faktycznie, Amy ćpała i piła, uprawiała autodestrukcję na pełnej kurwie. Ktoś, kto myśli płytko, faktycznie może dojść do wniosku, że chciała umrzeć (a na pewno nie chciała żyć). Tylko u mnie dreszcz wywołuje fakt, że jednak wezwała do siebie karetkę. Czyli wiedziała, że umiera. I nie chciała umrzeć.

Marzę o tym, żeby ludzie w ciężkich chwilach jednak milczeli; cisza jest zdecydowanie bardziej wymowna.

20 lipca 2011

Krystyna Kofta o tym, że faceci są równi

I jeszcze słów kilka od Pani Krystyny Kofty w kwestii tego, jakie to wyjątkowe, że facetów w zasadzie nie dotykają ich własne huśtawki nastrojów i to do tego stopnia, że nawet ich nie zauważają:

Reaguję jak mimoza urażona w czułe liście, na wszelkie wahania nastroju swojego męża, który w ciągu jednego popołudnia potrafi przejść od złego humoru, poprzez agresję, aż do sentymentalnej czułości. Zmienia parę razy w ciągu jednego dnia klimat swojego i mojego wnętrza, uważając się przy tym za równego faceta, który nie ulega nastrojom. I w pewnym sensie ma rację, bo to, co dzieje się między nami, a mnie zatruwa myśli, jemu nie przeszkadza ani w pracy, ani w odpoczynku. To ja i ty, droga siostro, męczymy się ze wszystkimi głupstwami i poważnymi problemami, i zawsze za to płacimy.
Czasem wydaję na to drobne, czasem grubą forsę.

Karol mówi, że to kwestia empatii, a raczej jej braku.

19 lipca 2011

Weltschmerz

Dopada mnie czasem. Wbrew pozorom nie wtedy, gdy zbliżają się TE DNI, jak zwykło się przypuszczać. Mój Weltschmerz jest podły, przypierdala się z kiedy się nie spodziewam i w momencie, kiedy chciałabym po prostu zasnąć, wali mnie z zaskoczki prosto w pysk. Cios mokrą rybą w twarz.

Znam siebie na tyle dobrze, że wiem, że czasem 'to' jest ze mną. Zazwyczaj czeka, aż będę zmęczona lub chora lub wszyscy najważniejsi będą poza zasięgiem sieci komórkowej. Staram się nie rozwijać myśli, które mam wtedy w głowie (przysięgam, że nie wiem, skąd się biorą!), nie poświęcać im czasu, tylko przepływać po powierzchni zdarzeń, nie angażować się w nic i unikać trudnych sytuacji i osób. Bo przecież 'if we are wise we know that there's always tomorrow'.

Wtedy, kiedy 'to' jest ze mną, świat wygląda inaczej. Trochę jakby mi do oka wpadł kawałek zwierciadła z 'Królowej Śniegu'. No wszystko nie tak. Przyjaciele troszczą się niedostatecznie, jabłka są za kwaśne lub za słodkie, koty miauczą zbyt głośno, a pies śmierdzi. Tramwaje są jeszcze bardziej tropikalne niż zwykle, ludzi głupi i mający arsenał pytań z dupy, mrówek jest miliard razy więcej, wiatr za zimny, deszcz za mokry.

Tak mnie frustruje ta frustracja, że mam ochotę wziąć rozbieg, pieprznać głową w ścianę i skupić się na jakimś faktycznym bólu, takim namacalnym. Trudno jest zapanować nad pączkowaniem złych myśli, a ja nie lubię bardzo nie móc nad czymś panować. Ewa 'Control freak' Sęt.

Weltschmerz nasilił się w poniedziałek do tego stopnia, że postanowiłam zaplanować niepójście do pracy i wyspać się. Zapomniałam tylko, że ja nienawidzę się budzić (a uwielbiam za to zasypiać). Kilka razy wstałam w nocy i na autopilocie lazłam do lodówki po coś słodkiego (grzeeeeeeeeeech, grzeeeeeeech). Na złość sobie obudziłam się o godzinie jednocyfrowej, zirytowana tym faktem bardzo very odcedziłam psa i wróciłam do łóżka. Jakoś o 15 otworzyłam jedno oko i uznałam, że wolne dni ssą pałkę, kiedy się je przesypia, muszę sobie zrobić taki plakat i następnym razem nie dopuszczać do gnicia w łóżku pół dnia, bo okazało się, że to już nie te lata i nie jara mnie to.

Chyba z trybu Weltschmerz wybił mnie wieczorową porą Śliczny Kolega, za co jestem wdzięczna. I dotarło do mnie, że może na tym właśnie polega cała sprawa, żeby przeżyć te ciężki dni, dać się wyeksploatować czerstwym myślom, nie zwalczać ich, tylko poczekać, aż same pójdą w pizdu.

Tak czy inaczej, Weltschmerz is ovah.

18 lipca 2011

"Gdyby zamilkły kobiety" Krystyny Kofty

Tak tylko na szybko w ten poniedziałkowy poranek.

Wyjątkowo ciężko czyta mi się tę książkę Pani Kofty - wydaje mi się, że z wiekiem (ha, ha) straciłam trochę na ekstremalności i już nie jestem poglądowo krzykliwa. Niemniej jednak, z poniższym fragmentem nie sposób się nie zgodzić będąc mną, zatem zostawiam go tu do przemyślenia:
Wściekłość ratuje moją psychikę. Gdyby Virginia [Woolf, przyp. Sęt] i Sylvia [Plath] bywały wściekłe, żyłyby długo i nieszczęśliwie. Umiały rozpaczać, nie umiały się wściekać.

Nie doświadczyłam ciosów w szczękę, co spotkało delikatną Sylvię Plath z ręki męża-poety, w ogóle nie doznałam żadnych ciosów, wiem, że gdyby mnie to spotkało, musiałabym wyjść na zawsze, nigdy nie wrócić, albo zabić. Nie żartuję.

16 lipca 2011

Bardzovery dobry dzień

Miłe to jest niezmiernie, kiedy mój Śliczny Kolega z Pracy niemal za każdym razem, kiedy się widzimy, gdzieś w połowie dialogu mówi: 'Coś jeszcze miałem ci powiedzieć... Co to było... AAAAA! ZACZNIJ PISAĆ' :)) No i ja się generalnie bardzo staram, tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni Hallson była na zasłużonym chilloucie, więc ogarniałam nasze dwie kuwety, a że sama byłam pourlopowa, to tak jakoś po trosze nie miałam czasu, a po trosze niechciałomisię.

11 godzin w sobotę w fabryce to bardzo dużo. Wdzięczna jestem bezbrzeżnie Istocie Wyższej, że mnie obdarzyła entuzjazmem oraz motywacją, bo gdybym miała warzywić się przez 8 godzin tak jak ci, którzy swojej pracy nie lubią, to zwariowałabym - tak se myślę - po pierwszych 16 godzinach roboczych. No więc mam ten swój entuzjazm i tę swoją motywację. Myślę sobie ciągle, że uśmiech to część uniformu (ha ha) i ci, którzy znają mnie sprzed marksowych czasów, a zwłaszcza z godzin porannych, śmieją się teraz razem ze mną z mojego grypsu z początku tego zdania. Niemniej jednak nie da się zaprzeczyć, że od września ubiegłego roku, kiedy to przystąpiłam do fabrycznej załogi, nauczyłam się cierpliwości, bardzo spokorniałam, trochę się zdyscyplinowałam, jestem bardziej przyjacielska, no i przestałam być suką przez całą dobę, tylko tę sukowatość staram się światu dawkować.

Dziś dzień miałam wielce miły, bo spuściłam sobie z głowy dwie stresujące sprawy. Po pierwsze, w teście na nowe stanowisko nadziobałam zajebiście dobry wynik; a po drugie - udało mi się zauczestniczyć w grze-szkoleniu dla sprzedawców, które kiedyśtam miałabym prowadzić w związku z tym nowym stanowiskiem. My-oh-my, jak mi brakowało szkoleń! Nie byłam może królową grypsu, jak za dawnych dobrych lat, ale i tak ubawiłam się po pachi, bo lepszej grupy nie można było mieć. Nawet było to dość integrujące. Nawet gość, które przez te wszystkie miesiące powiedział do mnie max 10 słów, nawiązał ze mną kontakt wzrokowy, co uznałam za spory sukces interpersonalny ;)

Ale i tak hitem dnia dzisiejszego była sytuacja kuchenna następująca: gratuluję koledze, że dostał nowe stanowisko, klepię go w ramię, mówię: 'aaaaale zajebiście, bardzo się cieszę' generalnie taka jestem bardzovery pro, a gość w połowie mojego entuzjastycznego słowotoku mówi: 'ŁADNA JESTEŚ', na co ja mówię: '___________________C O ? !', na co on mówi: 'ŁADNA JESTEŚ', na co ja mówię: '______________________________?', na co on mówi: 'lubię, kiedy dziewczyny się czerwienią', na co ja mówię: '_________yyy, no to dziękuję ci bardzo, eeeee....' i pędem (a raczej: PĘDEM) wychodzę nie oglądając się za siebie. Takie ze mnie eteryczne dziewczę, nieśmiałe i skromne. [Hint: można mi zamknąć twarz mówiąc coś miłego. Przydatne w awanturkach.]

No i na zakończenie muzyczka a la imprezka w radiu Eska, ale nic na to nie poradzę, że kiedy nie narzekam, czyli czuję się bosko i dosko jednocześnie, to chce mi się tańczyć i wtedy potańczyłabym do tego właśnie:


A może nawet jeszcze sobie potańczę :)))

Dobranoc!

9 lipca 2011

K wiedział, że ten wątek mnie zainteresuje, czyli cytat

"Uspokajam się. I powoli ogarniam. Wczoraj wieczorem, po godzinach harówki, Michał stanął nad Pawłem, wziął go za rękę i zapytał: "Jesteś zmęczony, kocie? Idziemy już?". I wtedy tak się jakoś zachwiałam. Nie, nie dlatego, że chcę, żeby mnie ktoś trzymał za rękę. Pewno, że chcę. Każdy chce. Przynajmniej od czasu do czasu. Pomyślałam sobie... Nie, ja to sobie uświadomiłam, że niczego więcej nie trzeba i niczego więcej nie można, tylko ten uścisk. Tak na moment, dopóki dłonie się nie spocą i jest to jeszcze przyjemne.
- Chciałabym mieć z wami dziecko - rzuciłam wzruszona.
Paweł parsknął śmiechem.
- Jedno? - zapytał Michał. - Czy z każdym z osobna?
- Nie wiem - prawie że chlipałam. - Jak się trafi.
- To bardzo uprzejme z twojej strony, Paulino, ale wiesz, że w tym przypadku nie można zdać się na ślepy traf. Jak to sobie wyobrażasz od strony technicznej?
- Mam w dupie technikę. Jakoś to zorganizujemy.
Paweł spoważniał.
- Nienawidzę dzieci. A zwłaszcza własnych.
- Ja się też nie piszę. Nie zwykłem przelewać spermy w celach charytatywnych.
- Dlaczego nie chcecie mi podać pomocnej dłoni? - siedziałam na skraju łóżka i rozpaczy.
- Nie przesadzaj, Paulinko - Paweł przyciągnął mnie do siebie. - Dłoni ci nigdy nie odmówimy. Weź się w garść.
- Czego, jak czego, ale dzieci na tym świecie nigdy nie zabraknie. Nie musimy produkować własnych.
- Ale ja chciałabym mieć cząstkę was.
- Wiecie co! - Paweł znowu poweselał. - Przyniosłem aparat. Zrobimy sobie zdjęcie w twoim nowym mieszkaniu. Pył się rozwieje w proch, a ty zachowasz cząstkę nas w ramce.
Jakoś mnie udobruchali."

(Bartosz Żurawiecki, Trzech panów w łóżku, nie licząc kota. Romans pasywny.)

Dzień wolny 1/2

Bo w lipcu mam dwa dni wolne - dziś i ostatnią niedzielę. Niedziela mi się należy jak psu buda (choć nie do końca tak jak psu jednak, bo mi tylko jedna w miesiącu), a dziś miał odbyć się rejs Wisłą, na któren biletów zabrakło zanim jeszcze cała ekipa zaczęła je kupować. Więc niejako mam dzień w prezencie, co jest też miłe i może nawet spędzę go właściwie, czyli przyjemnie. Jak dotąd zaczęło się bólem głowy; czasem mam wrażenie, że przy każdej okazji, kiedy nie pędzę i się nie spieszę, mój organizm dokonuje rozprężenia i boli. Strach pomyśleć, co by było, gdybym stale była rozprężona i niepędząca.

Ciężki temat teraz będzie, ale z pozytywnym akcentem. Mam taki kłopot, że powinnam przestać jeść. Nie z powodów estetycznych (bez żartów!), ale zdrowotnych. Moje ciało chyba nie lubi przyjmować pokarmów. Pomimo, że nie mam już problemu z kompulsywnym obżeraniem się (pozbyłam się go razem z wahaniami nastrojów) i nie jem jakoś dużo, to po każdym posiłku jest mi, hmm, dyskomfortowo. Ciocia Dobra Rada, czyli Hallson, zasugerowała, że może np. zamiast jednej bułki na śniadanie powinnam jeść pół bułki, ale półbułkowe śniadanie brzmiało dla mnie tak absurdalnie, że grzecznie się uśmiechnęłam, być może pokiwałam nawet głową ze zrozumieniem, i olałam to. Ale że tydzień zaczął się mdło (if you know what i mean) i to nie tylko za sprawą końca urlopu, postanowiłam wprowadzić zmiany. Przypomniałam sobie wszystkie dobre rady żywieniowe z zamiarem ich implementacji. I okazało się, że kluczem do doskonałego samopoczucia i chudnięcia w głowie i w oczach jest:

- jedzenie połowy zaplanowanego posiłku (czyli pół bułki, połowa zupy, ale za to całe jabłko)
- wmówienie sobie, że się bardzo nie lubi łakoci (coś jak Kasia Tusk z chipsami)
- wpieprzanie owoców i warzyw, za którymi nie przepadam, ale zacznę, bo z braku cukru trzęsą mi się ręce
- zastąpienie chipsów chrupkami (chipsy kooooocham i nie zrezygnuję z tego rodzaju słonycza definitywnie, ale poprzysięgłam sobie, że tylko do 30tki - po tym czasie wygląda się z chipsami dziwnie, co od czasu do czasu powtarzam Annie :P)
- wytrwanie w postanowieniu sprzed kilku miesięcy o niepiciu coli z cukrem
- niejedzenie kfc (które bardzo lubiłam, ale z powodów etycznych nie zjem, choćby skały srały i był to ostatni pokarm na ziemi) i innych shitów, chyba że na kacu albo wracając rano po nocnej imprezie (nie dotyczy kfc).

I tak się oto stałam jeszcze lżejsza, piękniejsza i mądrzejsza, bo zastosowałam dobre rady tych, co się znajo. Mam z tego dużo radości i trochę sobie dorzuciłam punktów do lansu za tę połowę bułki. I, sorry, ciągle o tym mówię, że jestem taka dobra z tymi połówkami. Mam nadzieję, że niebawem znajdę sobie nowy temat do jarania się, lepszy niż ja sama ;)

Muzyczka dobra na dzień dobry:


6 lipca 2011

W czasie deszczu dzieci się nudzą

Ja naprawdę bardzo lubię deszcz. Uspokaja mnie słuchanie deszczu w takiej sytuacji na przykład: ja, koc, chillout z głośników, książka i otwarte okno. To to właśnie lubi Ewa Sęt. Ewa Sęt nie lubi, kiedy wstaje rano i słyszy to mokre kląskanie zza okna i dopada ją świadomość, że już zaraz, już za chwilę trzeba wstać, popierdalać do łazienki, doprowadzić się do stanu w miarę estetycznego oraz ubrać się w coś, co nie przemoknie i nie będzie koszmarnie ubłocone (a trzeba wiedzieć, że Ewa Sęt jest nisko skanalizowana, więc wszystkie spodnie leżą jej na ziemi). Ewa Sęt nie lubi nosić kaptura, bo jej włosy opadają, a poza tym i tak musi mieć parasol, a parasol jest niewygodny w tramwaju............. Niechaj się już skończy ta przeklęta pora deszczowa, bo chciałabym, żeby mi pranie wyschło. I nie mam mocy na szukanie kaloszy, pomimo że widzę, że kalosze to jednak must.

Ostatnie dwa dni były z wielu względów dość ciężkie. Przede wszystkim niemoc w kwestii rozwijania kariery (lmfao, hahahaha) w handlu i reklamie. No kurwa, no tak strasznie mi się nie chciało, że nie umiem tego wyrazić inaczej niż: no kurwa, no tak strasznie mi się nie chciało... Nie lubię być leszczem, nie lubię nie lubić (choć możnaby pomyśleć inaczej), no a przede wszystkim nie lubię się zmuszać. Było ciężko. Poza tym miałam celofanową obsesję, o której nie będę się rozpisywać, nadmienię tylko, że po wpadnięciu w fazę 'panna z celofanu' wychodzi ze mnie koszmar i popełniam, tak na oko i mniej-więcej, wszystkie błędy w komunikacji interpersonalnej. Z pomocą przyszła Halle, która o tyle mnie zaskakuje, że zazwyczaj jebie mnie znienacka oraz wspiera mnie również znienacka. Po wczorajszym papierosowym small talku ogarnęłam się w stopniu znacznym, za co jestem Hallsonowi bardzo wdzięczna.

Ilustracja muzyczna do fazy celofanowej:


Zbieram się w środku do wypowiedzi na temat pewnego projektu obywatelskiego, który powinien być odrzucony, a został skierowany do dalszych prac, ale jeszcze chwilę spokoju w głowie sobie podaruję. Już niedługo rzygnę racjonalnymi argumentami, najlepszymi, bo moimi.

Tymczasem - do pracy!

4 lipca 2011

Post powitalny i zajebiście ważne pytanie


W pierwszym dniu po urlopie zdałam sobie sprawę, że czas zadać sobie zajebiście ważne pytanie o to, co chcę w życiu robić. I zacząć to robić.

Wbrew temu, co myślałam, pasją moją nie jest chodzenie do pracy. Do drugiej też nie. Stres mnie nocą dopadł z powodu zakończenia urlopu i przysięgam, że czuję dziś całą sobą zero entuzjazmu. W swoim dotychczasowym świecie nie czuję się niezbędna i muszę szybko wymyślić coś, żeby się wypełniać radością o poranku każdego dnia.

Wczoraj postanowiłam osłodzić sobie dzisiejsze rano i kupić słuchawki do odtwarzacza oraz przed pracą wypić kawę z Anną, moją dziewczyną z fejsbuka. Los nam jednak nie sprzyjał. Saturn okazał się zamknięty, z Anną minęłyśmy się w tym miejscu, którego nienawidzę bardziej niż swoich sąsiadów, ochota na kawę mi przejszła. Trzymałam się jeszcze kurczowo myśli, że oto znów będę spędzać 8 godzin (jeśli zdołam się nie spóźniać) z moimi ulubionymi współpracowaczami, ale na miejscu okazało się, że wymarzyłam sobie więcej czasu niż dane nam jest spędzić w natłoku obowiązków i tak oto, proszę ja kogo, mam pourlopową depresję chyba.

Magda, przyjaciółka ma najdroższa, zaczepiła mnie dziś smsem z krótką informacją, że jest konkurs literacki i może chciałabym go wygrać. W sumie to może bym chciała. Nagrodą jest walizka firmowa (choć ja się na firmach nie znam). Co prawda nie lubię podróżować, ale może mogłabym ją sprzedać na allegro i mieć choć przez chwilę drobne na drobne przyjemności. I wieczną sławę, nie wszystek umrę, lub chociaż kilkumiesięczną. A potem mogłabym robić karierę jako felietonistka, wstawać rano, czyli jak się obudzę, pić kawę, włączać komputer i szyć słowami. I dostawać za to pieniądze. Piękna wizja.

Dobra, trzeba tylko wygrać ten konkurs, a do tego czasu nie zwariować z pourlopowej frustracji.