No i nie pisałam z tego Londynu, bo nie było kiedy. Zresztą werbalnie byłam chłostana za siedzenie na fejsie, przez co do kompa siadałam z letką nerwicą i w takich warunkach po prostu nie dało się pisać!
Muszę powiedzieć, że mam takie przeczucie, że mogłabym żyć w Londynie. Nie wiem, czy zniosłabym tę masę ludzi..., ale jakaś taka dobra atmosfera tam jest. Taka, że chce się tam być. Ja pomysł na Londyn miałam taki: wypisać (i wysłać) pocztówki, powsiąkać w miasto, napić się piwa w angielskim pubie. Mission accomplished, dumnie ogłaszam.
Snułyśmy się z Czesterem w zasadzie bez jakichś konkretnych planów (no poza zakupem pocztówek oczywko). A to sobie zjadłyśmy lunch na trawie w parku (tu muszę zaznaczyć, że w Londynie się opaliłam, TAK, OPALIŁAM SIĘ W LONDYNIE i nie spadła na mnie ani kropla deszczu), a to sobie suweniry oglądałyśmy... Niezmiennie byłam i jestem pod wrażeniem architektury tamtejszej i jak czub robiłam zdjęcia budynkom.
Z doświadczeń miejskich bardzo na minus - wizyta w M&M's World. Prawie umarłam z nadmiaru bodźców, gdy tylko zrobiłam ze 3 kroki in. Z doświadczeń miejskich bardzo na plus - spacer po Soho. Tylu pięknych ludzi tam było, że w końcu poczułam, że gdzieś przynależę, że to po prostu moje miejsce ;) Bardzo miłym zaskoczeniem były magazyny w kiosku w/na Soho - w jednym na okładce o Annie Grodzkiej, drugi w całości poświęcony rodzicielstwu LGBT. Można? Można!
Zmierzyłam się też z zamawianiem piwa w pubie i nawet udało mi się nawiązać small talka z przemiłym barmanem, który za liczenie przedziwnych angielskich monet wystawił mi A+ :)
W niedzielę natomiast spędzałyśmy czas we trzy - Juster, Zofia i ja. Zofia zanimowała nam czas grillem w towarzystwie Brytów, co dla mnie było wyzwaniem towarzyskim oraz żywieniowym, bo te wszystkie kiełbaski, karkówki i żeberka to jest jednak wielka pokusa dla początkującego wege. Poza tym, że pośmiewiskiem ze względu na to mięso, byłam też świadkiem rozmowy, czym się różni krykiet od baseballu. Przysłuchiwałam się bardzo uważnie, mając w pewnym momencie wrażenie, że chyba mi się kable w mózgu poluzowały. Jak to kij szeroki, przecież się gra młoteczkiem (albo flamingiem, jak w Alicji). Jak to bazy. Jak to gra się w to 5 dni - 5 dni pchania piłek młotkiem? Kto to w ogóle ogląda??? Kaganek oświaty przyniosła mi Zosia, która rzekła: Cricket! A ja, że no krykiet, krykiet. A ona: Cricket, a to, o czym myślisz, to croquet. Nie mogę nadziwić się światu.
Uwaga, będą douczki.
CROQUET:
CRICKET:
[A wczoraj wykoncypowałyśmy z Z, że croquet na koniach to chyba będzie polo!]
Ekscytujący pobyt zakończył nie mniej ekscytujący quest, prawdziwa gra miejska. Wyzwanie: dotrzeć na lotnisko Stansted. Były emocje. Autobus na stację Shepherd's Bush, metro na stację Liverpool Street, wielki dworzec (nie że jak Metro Wilanowska, WIELKI) i sztuka orientacji w przystankach, autobus na lotnisko. W międzyczasie poszukiwanie znaczków międzynarodowych (fail), a następnie skrzynki. Nie powiem, do dziś jestem z siebie dumna. Zostałam bohaterką w swoim domu.
NAJNOWSZE ODKRYCIE
Z ciekawostek z polskiej ziemi: okazało się, że jestem nieoszlifowanym diamentem tenisa stołowego. Moja technika, oparta na totalnym braku praktyki, pcha piłeczkę w kierunki nie do przewidzenia, co pozwala mi fizycznie wykończyć biegającego wokół stołu przeciwnika. Drżyjcie, nadchodzi ping-pong master! :D
9 czerwca 2013
1 czerwca 2013
Fruuuu!
No to poleciałam. Jeśli jeszcze ktoś nie wie, dostałam w urodzinowym prezencie od Justynki i Klona Zosi bilet do Londynu, żeby już nie mieć wymówki, że nie mogę do nich przylecieć ;)
Jeśli jeszcze ktoś nie wie, leciałam po raz pierwszy samolotem. Trochę byłam zestresowana, bo to trzeba wiedzieć na tym lotnisku, gdzie iść, co załatwić i w ogóle zupełnie nowa sytuacja była to, w której nikt mi nie towarzyszył (no po prawdzie to na telefonie byłam z Justyną), no stres i niepokój, jak sobie z tym wszystkim poradzę. Plus oczywiście przekonanie, że na pewno: lot będzie opóźniony/będę siedzieć obok kogoś strasznego - głośnego lub wonnego/w samolocie będą dzieci/samolot zgubi skrzydło/samolotu zepsuje się silnik/samolotu zepsują się wszystkie silniki/samolot spadnie ze mną do morza i tak zginę/samolot spadnie ze mną na jakieś pole i tak zginę/samolot spadnie na jakąś miejscowość i tak zginę ja oraz przypadkowi ludzie. Trochę się nawet pożegnałam z tym życiem. Postanowiłam w takim umrzeć z godnością i zakręciłam włosy, ogoliłam nogi i pomalowałam paznokcie. No bo jak umierać, to elegancko.
Na lotnisku oczywiście same ciekawe doświadczenia ("Nie musiała pani stać w tej kolejce, jeśli nie ma pani bagażu do nadania"),w tym również przechodzenie przez bramkę ochrony chyba 3 razy, bo najpierw proszę wrócić i zdjąć buty, pik pik - telefon w spodniach, pik pik - drugi telefon w spodniach, no i oczywiście bardzo niebezpiecznie dla mnie i współpasażerów fiszbiny w biustonoszu. Samo zło.
Jak już dotarłam do bramki, to okazało się, że nie wpuszczają do samolotu i musiałam stać wśród ludzi, co mi nasiliło fobią społeczną (bo wiadomo jak jest) i wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że NAPRAWDĘ nie wiem, jak można lubić to latanie. I że następnym razem to PKSem do tego Lądka, bez kitu. Potem z bramki wsiadłam do autobusu, który wiózł całą te masę ludzi do samolotu i wtedy po raz drugi pomyślałam, że to nie na moje nerwy ze względu na ludzi i ten zeropośpiech.
Ale jak już wystałam swoje na każdym etapie trasy lotnisko-samolot i usiadłam i się przypięłam, to rozlał się we mnie spokój i zrobiło mi się dość błogo. A jak samolot przestał się w końcu jebać z przejażdżkami po płycie (:D) i rozpędził i wzbił, to byłam tak wzruszona, że prawie się rozpłakałam. Podjęłam nawet próbę odpowiedzenia sobie na pytanie dlaczego, ale poległam. Potem chmurki, naprawdę cudowne, potem obserwacja, że ponad chmurkami jest piękne i błękitne niebo, a potem zasnęłam. Także większość lotu jednak się relaksowałam. Trochę miałam wyschnięte gardło post factum, co dało mi do myślenia, że pewnie chrapałam, ale jakoś tak głupio mi było pana obok spytać.
No a moment lądowania - niewiarygodny. Ja wiem, że wszyscy już to widzieli, że te domki jak pudełka od zapałek, że samochody jak resoraki, ale na mnie to zrobiło przeogromne wrażenie i skupiałam się tylko na tym, żeby mieć zamknięte usta. Wzruszyłam się nawet. Potem bardzo miły pan wpuścił mnie na teren UK i po przydługim spacerze zobaczyłam Justynkę, która na mnie czekała z biało-czerwoną flagą.
No i generalnie nie mogę się nadziwić światu. Żeby nie było - byłam już w Londynie, ale to było w liceum i niewiele pamiętam. Przeżywam więc ten Londyn na nowo i co chwilę wyrywa mi się "Łooooo, ale cegła, wszystko z cegły", "Łoooo, a ten dom to jak z filmu", "Łooooo, jak tu pięknie", "Łoooo, ostrokrzew jak z brytyjskich pocztówek". Zrobiłam nawet zdjęcie stacji metra East Acton, niewiarygodne jaka jest urocza! A w metrze uśmiechał się do mnie mężczyzna. Pomijam, że mężczyzna, ale kurde - uśmiechał się! W warszawskim metrze uśmiech raczej nie jest mile widziany!
A dziś dzień w mieście, jest więc szansa, że umrę z wrażenia. Ale jak nie umrę, to będę relacjonować ;)
Jeśli jeszcze ktoś nie wie, leciałam po raz pierwszy samolotem. Trochę byłam zestresowana, bo to trzeba wiedzieć na tym lotnisku, gdzie iść, co załatwić i w ogóle zupełnie nowa sytuacja była to, w której nikt mi nie towarzyszył (no po prawdzie to na telefonie byłam z Justyną), no stres i niepokój, jak sobie z tym wszystkim poradzę. Plus oczywiście przekonanie, że na pewno: lot będzie opóźniony/będę siedzieć obok kogoś strasznego - głośnego lub wonnego/w samolocie będą dzieci/samolot zgubi skrzydło/samolotu zepsuje się silnik/samolotu zepsują się wszystkie silniki/samolot spadnie ze mną do morza i tak zginę/samolot spadnie ze mną na jakieś pole i tak zginę/samolot spadnie na jakąś miejscowość i tak zginę ja oraz przypadkowi ludzie. Trochę się nawet pożegnałam z tym życiem. Postanowiłam w takim umrzeć z godnością i zakręciłam włosy, ogoliłam nogi i pomalowałam paznokcie. No bo jak umierać, to elegancko.
Na lotnisku oczywiście same ciekawe doświadczenia ("Nie musiała pani stać w tej kolejce, jeśli nie ma pani bagażu do nadania"),w tym również przechodzenie przez bramkę ochrony chyba 3 razy, bo najpierw proszę wrócić i zdjąć buty, pik pik - telefon w spodniach, pik pik - drugi telefon w spodniach, no i oczywiście bardzo niebezpiecznie dla mnie i współpasażerów fiszbiny w biustonoszu. Samo zło.
Jak już dotarłam do bramki, to okazało się, że nie wpuszczają do samolotu i musiałam stać wśród ludzi, co mi nasiliło fobią społeczną (bo wiadomo jak jest) i wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że NAPRAWDĘ nie wiem, jak można lubić to latanie. I że następnym razem to PKSem do tego Lądka, bez kitu. Potem z bramki wsiadłam do autobusu, który wiózł całą te masę ludzi do samolotu i wtedy po raz drugi pomyślałam, że to nie na moje nerwy ze względu na ludzi i ten zeropośpiech.
Ale jak już wystałam swoje na każdym etapie trasy lotnisko-samolot i usiadłam i się przypięłam, to rozlał się we mnie spokój i zrobiło mi się dość błogo. A jak samolot przestał się w końcu jebać z przejażdżkami po płycie (:D) i rozpędził i wzbił, to byłam tak wzruszona, że prawie się rozpłakałam. Podjęłam nawet próbę odpowiedzenia sobie na pytanie dlaczego, ale poległam. Potem chmurki, naprawdę cudowne, potem obserwacja, że ponad chmurkami jest piękne i błękitne niebo, a potem zasnęłam. Także większość lotu jednak się relaksowałam. Trochę miałam wyschnięte gardło post factum, co dało mi do myślenia, że pewnie chrapałam, ale jakoś tak głupio mi było pana obok spytać.
No a moment lądowania - niewiarygodny. Ja wiem, że wszyscy już to widzieli, że te domki jak pudełka od zapałek, że samochody jak resoraki, ale na mnie to zrobiło przeogromne wrażenie i skupiałam się tylko na tym, żeby mieć zamknięte usta. Wzruszyłam się nawet. Potem bardzo miły pan wpuścił mnie na teren UK i po przydługim spacerze zobaczyłam Justynkę, która na mnie czekała z biało-czerwoną flagą.
No i generalnie nie mogę się nadziwić światu. Żeby nie było - byłam już w Londynie, ale to było w liceum i niewiele pamiętam. Przeżywam więc ten Londyn na nowo i co chwilę wyrywa mi się "Łooooo, ale cegła, wszystko z cegły", "Łoooo, a ten dom to jak z filmu", "Łooooo, jak tu pięknie", "Łoooo, ostrokrzew jak z brytyjskich pocztówek". Zrobiłam nawet zdjęcie stacji metra East Acton, niewiarygodne jaka jest urocza! A w metrze uśmiechał się do mnie mężczyzna. Pomijam, że mężczyzna, ale kurde - uśmiechał się! W warszawskim metrze uśmiech raczej nie jest mile widziany!
A dziś dzień w mieście, jest więc szansa, że umrę z wrażenia. Ale jak nie umrę, to będę relacjonować ;)
13 maja 2013
Ze śmiercią jej do twarzy
Otóż muszę wyznać, że od jakiegoś czasu najbardziej w tygodniu lubię niedziele. Dość duża jest to zmiana, gdyż wcześniej niezbyt przepadałam i miałam wręcz na okoliczność niedzieli specyficznego doła, gdyż: a) od niedzieli bardzo blisko jest do poniedziałku, b) zazwyczaj spędzałam ją kacowo, czyli bez sensu, c) miałam hipotezę, że to dzień zakochanych i prędzej się porzygam tęczą niż będę w takiej niedzieli aktywnie partycypować.
No ale jak to się mawiało w domu mym rodzinnym - tylko krowa nie zmienia zdania. Krową nie jestem i też nie lubię, kiedy się tak do mnie i o mnie mówi, więc świetnie się składa ;) Kaca staram się przesunąć na sobotę, a że z wiekiem coraz mniej chce mi się imprezować, to przesuwam go na someday. Z poniedziałkami się uporałam, gdyż mam pracę, do której chce się chodzić, a co się tyczy dnia zakochanych to...wyparłam to ;)
I spędzam sobie te niedziele na głębokim chillu. A to się rypnę na lody na Moko, a to zrobię 40 klocków rowerem po Warszawie. Dziś natomiast wybrałam się na targi Bike&Fashion, żeby na nich wydać wiele złotówek na zupełnie niepotrzebne, acz piękne rzeczy. Strasznie zresztą byłam przejęta, gdyż współtowarzyszki obie miały czasowe ograniczenia, więc z tej presji obudziłam się już o 6.54 w nocy, a jak już zachęciłam się do zdrzemnięcia się jeszcze ciut ciut, to przyśniło mi się, że zaspałam. No fun. Ostatecznie umówiłyśmy się na 12.00, potem na 12.30, więc o 12.48 byłam już na miejscu :D Z targów wyszłam bogatsza o miętowy komin, złoty kajdan z rowerowego łańcucha oraz eko-torbę, a następnie okleiwszy zosiny rower naklejkami wszelakimi, zmierzyłam się z wjazdem ul. Książęcą na pl. Trzech Krzyży i zwyciężyłam!
Miałam też wieczorową porą taką przygodę, że odpinam sobie rower, a tu mnie facet wzrokiem obżyna. Nie pijany i nie stary i miał wszystkie kończyny i nie nosił dobytku za sobą w reklamówce, tylko normalny, młody koleś, pożądliwym wzrokiem mnie obdarza. No więc zdążyłam się zabutlić, chyba na fali pisania z Bratem scenariusza jakby o wojnie płci, i nawtykać mu w mojej głowie, że samiec typowy, że ja tu nie stoję, żeby twoje oko cieszyć, palancie i w ogóle twoje zainteresowanie mi nie schlebia, giń samcze, utop się w testosteronie własnym. Tak się poirytowałam całą tą sytuacją, że jak przycisnęłam pedały, to chyba czasoprzestrzeń zagięłam, bo jadąc z Poznańskiej przy Metrze Pole Mokotowskie byłam w jakimś absurdalnie krótkim czasie.
ALE! Tak na wkurwie nabrałam prędkości, że nagle usłyszałam TRZASK! gdzieś w dole roweru i przestał być mój. Tzn. na pewno nie ja nim kierowałam, tylko sam szatan. Żeby tej jakże przyziemnej historii dodać szczyptę pikanterii uzupełnię, że własnymi ręcami odpięłam jakiś czas temu hamulec ręczny, gdyż uznałam, że słabo działa. Stanęłam więc ze śmiercią twarzą w twarz i musiałam z tej swojej prędkości nadświetlnej wyhamować jakoś i to tak, żeby nie wjechać z impetem na skrzyżowanie, na którym bajdełej miałam czerwone światło. Prawie mi serce ze stresu stanęło i musiałam jednak jakoś kopytami złapać grunt i jakoś może jednak cudem zwolnić. Udało mi się przy samym wjeździe na skrzyżowanie, więc zakurwiłam siarczyście i postanowiłam zmierzyć się z sytuacją. Sytuacja zaś była w gruncie rzeczy bardzo przyziemna - łańcuch mie spadł z tylnej zębatki. No więc ujebawszy się niemiłosiernie smarem uporałam się z tym defektem i postanowiłam jechać dalej.
Minęłam najbardziej mnie stresujące skrzyżowanko i sobie pedałowałam dalej z wiatrem we włosach, aż tu nagle...TRZASK! Więc replay - znowu stres, znowu hamowanie kopytem, znowu tuż przed kolejnym skrzyżowaniem. Zlazłam więc z roweru, zakurwiłam powtórnie i oceniłam sytuację. No słaba była, gdyż łańcuch spadł mi tym razem z obu zębatek, a że mam nad nimi taką osłonkę, to się jakoś zakleszczył i dupa. W tym momencie zadzwonił telefon z UK i siostra coś gada o jakimś locie do Londynu... No a że ja najbardziej potrzebowałam zadzwonić do rowerowego eksperta, czyli Zofii, to mówię TAK, TAK, OK. W rozmowie z Zoff trochę sobie histeryzowałam, aż tu podchodzi do mnie łysy byczek ze szlugiem w zębach i bardzo uprzejmie pyta, czy mi pomóc. Musiałam odszczekać w swym środeczku wszystkie złe słowa na samców i testosterony, gdyż tym razem to pan się upierniczył smarem dla damy, czyli dla mnie i zaprawdę miłe to było bardzo, gdyż nagle poczułam się mała, malutka i bezradna w tym złym, ciemnym świecie, pełnym spadającym łańcuchów i tego syfistego smaru, a on stał się moim rycerzem, tylko że bez konia.
Pouczona więc, żeby może nie pedałować ZA BARDZO, postanowiłam udać się na Wierzbno w tempie staruszki z sanatorium w Ciechocinku, która właśnie wybiera się na okłady z borowiny. Bardzo to było dla mnie trudne, gdyż wolno to ja nie lubię i to nie lubię w każdej dziedzinie życia. Więc jechałam niespiesznie, przed każdym skrzyżowaniem zatrzymując się 3 metry od niego, kiedy to...TRZASK! No żesz kurwa mać, se pomyślałam i tak, tak, łańcuszek nasłodszy z zębatuniuni spadł kolejny raz tego wieczorku. Ponieważ już trochę wprawy nabrałam, utytłałam się znów i z kurwą na ustach ruszyłam do domu.
Jak już dojechałam, przypięłam rower, zrzuciłam z siebie odzież, wyszorowałam łapy ze smaru, wsadziłam papierosa do ust i udałam się na balkon, aby go spalić, dopadła mnie myśl: WAIT! WHAT? Londyn? Bilet? Do Justyny i Zosi Klona? Łotdafak? No i kiedy już wybierałam numer do Justyny, to zadzwoniła, żeby opowiedzieć jak będzie. Otóż: będzie BOSKO. Będzie przylot w piąteczek, w sobotunię będzie party w stylu polskim, a w niedzielę Juster planuje kaca, ale będziemy to negocjować, bo ja planuję zwiedzanie i zdjęciunia na fejsbunia. Tak sobie to dziewczynki wymyśliły, że ponieważ już miałam urodziny, Zosia Klon też, a Juster mieć będzie, to z okazji naszych urodzin bilet będzie dla Sęta. Justyna już ma stres, dokąd będzie bilet za rok, bo niepostrzeżenie sama sobie poprzeczkę podniosła, ale ustaliłyśmy, że rok aż takie okrągłe te urodziny nie będą, bo tylko 29+1, a za 2 - 29+2.
Więc podsumowując - jechałam dziś rowerem ze śmiercią na ramieniu i jakby takie emocje były jeszcze za mało intensywne, to wpadł prezent, w ramach którego pierwszy raz polecę samolotem. No szał. Nie wiem, jak żyć teraz, bo zasnąć to mi się na pewno nie uda. No i muszę spróbować nie zabić się na rowerze przed 31 maja, bo naprawdę niezręcznie byłoby nie polecieć ;)
Entuzjazm sto pro!!!
No ale jak to się mawiało w domu mym rodzinnym - tylko krowa nie zmienia zdania. Krową nie jestem i też nie lubię, kiedy się tak do mnie i o mnie mówi, więc świetnie się składa ;) Kaca staram się przesunąć na sobotę, a że z wiekiem coraz mniej chce mi się imprezować, to przesuwam go na someday. Z poniedziałkami się uporałam, gdyż mam pracę, do której chce się chodzić, a co się tyczy dnia zakochanych to...wyparłam to ;)
I spędzam sobie te niedziele na głębokim chillu. A to się rypnę na lody na Moko, a to zrobię 40 klocków rowerem po Warszawie. Dziś natomiast wybrałam się na targi Bike&Fashion, żeby na nich wydać wiele złotówek na zupełnie niepotrzebne, acz piękne rzeczy. Strasznie zresztą byłam przejęta, gdyż współtowarzyszki obie miały czasowe ograniczenia, więc z tej presji obudziłam się już o 6.54 w nocy, a jak już zachęciłam się do zdrzemnięcia się jeszcze ciut ciut, to przyśniło mi się, że zaspałam. No fun. Ostatecznie umówiłyśmy się na 12.00, potem na 12.30, więc o 12.48 byłam już na miejscu :D Z targów wyszłam bogatsza o miętowy komin, złoty kajdan z rowerowego łańcucha oraz eko-torbę, a następnie okleiwszy zosiny rower naklejkami wszelakimi, zmierzyłam się z wjazdem ul. Książęcą na pl. Trzech Krzyży i zwyciężyłam!
Miałam też wieczorową porą taką przygodę, że odpinam sobie rower, a tu mnie facet wzrokiem obżyna. Nie pijany i nie stary i miał wszystkie kończyny i nie nosił dobytku za sobą w reklamówce, tylko normalny, młody koleś, pożądliwym wzrokiem mnie obdarza. No więc zdążyłam się zabutlić, chyba na fali pisania z Bratem scenariusza jakby o wojnie płci, i nawtykać mu w mojej głowie, że samiec typowy, że ja tu nie stoję, żeby twoje oko cieszyć, palancie i w ogóle twoje zainteresowanie mi nie schlebia, giń samcze, utop się w testosteronie własnym. Tak się poirytowałam całą tą sytuacją, że jak przycisnęłam pedały, to chyba czasoprzestrzeń zagięłam, bo jadąc z Poznańskiej przy Metrze Pole Mokotowskie byłam w jakimś absurdalnie krótkim czasie.
ALE! Tak na wkurwie nabrałam prędkości, że nagle usłyszałam TRZASK! gdzieś w dole roweru i przestał być mój. Tzn. na pewno nie ja nim kierowałam, tylko sam szatan. Żeby tej jakże przyziemnej historii dodać szczyptę pikanterii uzupełnię, że własnymi ręcami odpięłam jakiś czas temu hamulec ręczny, gdyż uznałam, że słabo działa. Stanęłam więc ze śmiercią twarzą w twarz i musiałam z tej swojej prędkości nadświetlnej wyhamować jakoś i to tak, żeby nie wjechać z impetem na skrzyżowanie, na którym bajdełej miałam czerwone światło. Prawie mi serce ze stresu stanęło i musiałam jednak jakoś kopytami złapać grunt i jakoś może jednak cudem zwolnić. Udało mi się przy samym wjeździe na skrzyżowanie, więc zakurwiłam siarczyście i postanowiłam zmierzyć się z sytuacją. Sytuacja zaś była w gruncie rzeczy bardzo przyziemna - łańcuch mie spadł z tylnej zębatki. No więc ujebawszy się niemiłosiernie smarem uporałam się z tym defektem i postanowiłam jechać dalej.
Minęłam najbardziej mnie stresujące skrzyżowanko i sobie pedałowałam dalej z wiatrem we włosach, aż tu nagle...TRZASK! Więc replay - znowu stres, znowu hamowanie kopytem, znowu tuż przed kolejnym skrzyżowaniem. Zlazłam więc z roweru, zakurwiłam powtórnie i oceniłam sytuację. No słaba była, gdyż łańcuch spadł mi tym razem z obu zębatek, a że mam nad nimi taką osłonkę, to się jakoś zakleszczył i dupa. W tym momencie zadzwonił telefon z UK i siostra coś gada o jakimś locie do Londynu... No a że ja najbardziej potrzebowałam zadzwonić do rowerowego eksperta, czyli Zofii, to mówię TAK, TAK, OK. W rozmowie z Zoff trochę sobie histeryzowałam, aż tu podchodzi do mnie łysy byczek ze szlugiem w zębach i bardzo uprzejmie pyta, czy mi pomóc. Musiałam odszczekać w swym środeczku wszystkie złe słowa na samców i testosterony, gdyż tym razem to pan się upierniczył smarem dla damy, czyli dla mnie i zaprawdę miłe to było bardzo, gdyż nagle poczułam się mała, malutka i bezradna w tym złym, ciemnym świecie, pełnym spadającym łańcuchów i tego syfistego smaru, a on stał się moim rycerzem, tylko że bez konia.
Pouczona więc, żeby może nie pedałować ZA BARDZO, postanowiłam udać się na Wierzbno w tempie staruszki z sanatorium w Ciechocinku, która właśnie wybiera się na okłady z borowiny. Bardzo to było dla mnie trudne, gdyż wolno to ja nie lubię i to nie lubię w każdej dziedzinie życia. Więc jechałam niespiesznie, przed każdym skrzyżowaniem zatrzymując się 3 metry od niego, kiedy to...TRZASK! No żesz kurwa mać, se pomyślałam i tak, tak, łańcuszek nasłodszy z zębatuniuni spadł kolejny raz tego wieczorku. Ponieważ już trochę wprawy nabrałam, utytłałam się znów i z kurwą na ustach ruszyłam do domu.
Jak już dojechałam, przypięłam rower, zrzuciłam z siebie odzież, wyszorowałam łapy ze smaru, wsadziłam papierosa do ust i udałam się na balkon, aby go spalić, dopadła mnie myśl: WAIT! WHAT? Londyn? Bilet? Do Justyny i Zosi Klona? Łotdafak? No i kiedy już wybierałam numer do Justyny, to zadzwoniła, żeby opowiedzieć jak będzie. Otóż: będzie BOSKO. Będzie przylot w piąteczek, w sobotunię będzie party w stylu polskim, a w niedzielę Juster planuje kaca, ale będziemy to negocjować, bo ja planuję zwiedzanie i zdjęciunia na fejsbunia. Tak sobie to dziewczynki wymyśliły, że ponieważ już miałam urodziny, Zosia Klon też, a Juster mieć będzie, to z okazji naszych urodzin bilet będzie dla Sęta. Justyna już ma stres, dokąd będzie bilet za rok, bo niepostrzeżenie sama sobie poprzeczkę podniosła, ale ustaliłyśmy, że rok aż takie okrągłe te urodziny nie będą, bo tylko 29+1, a za 2 - 29+2.
Więc podsumowując - jechałam dziś rowerem ze śmiercią na ramieniu i jakby takie emocje były jeszcze za mało intensywne, to wpadł prezent, w ramach którego pierwszy raz polecę samolotem. No szał. Nie wiem, jak żyć teraz, bo zasnąć to mi się na pewno nie uda. No i muszę spróbować nie zabić się na rowerze przed 31 maja, bo naprawdę niezręcznie byłoby nie polecieć ;)
Entuzjazm sto pro!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)