13 maja 2013

Ze śmiercią jej do twarzy

Otóż muszę wyznać, że od jakiegoś czasu najbardziej w tygodniu lubię niedziele. Dość duża jest to zmiana, gdyż wcześniej niezbyt przepadałam i miałam wręcz na okoliczność niedzieli specyficznego doła, gdyż: a) od niedzieli bardzo blisko jest do poniedziałku, b) zazwyczaj spędzałam ją kacowo, czyli bez sensu, c) miałam hipotezę, że to dzień zakochanych i prędzej się porzygam tęczą niż będę w takiej niedzieli aktywnie partycypować.

No ale jak to się mawiało w domu mym rodzinnym - tylko krowa nie zmienia zdania. Krową nie jestem i też nie lubię, kiedy się tak do mnie i o mnie mówi, więc świetnie się składa ;) Kaca staram się przesunąć na sobotę, a że z wiekiem coraz mniej chce mi się imprezować, to przesuwam go na someday. Z poniedziałkami się uporałam, gdyż mam pracę, do której chce się chodzić, a co się tyczy dnia zakochanych to...wyparłam to ;)

I spędzam sobie te niedziele na głębokim chillu. A to się rypnę na lody na Moko, a to zrobię 40 klocków rowerem po Warszawie. Dziś natomiast wybrałam się na targi Bike&Fashion, żeby na nich wydać wiele złotówek na zupełnie niepotrzebne, acz piękne rzeczy. Strasznie zresztą byłam przejęta, gdyż współtowarzyszki obie miały czasowe ograniczenia, więc z tej presji obudziłam się już o 6.54 w nocy, a jak już zachęciłam się do zdrzemnięcia się jeszcze ciut ciut, to przyśniło mi się, że zaspałam. No fun. Ostatecznie umówiłyśmy się na 12.00, potem na 12.30, więc o 12.48 byłam już na miejscu :D Z targów wyszłam bogatsza o miętowy komin, złoty kajdan z rowerowego łańcucha oraz eko-torbę, a następnie okleiwszy zosiny rower naklejkami wszelakimi, zmierzyłam się z wjazdem ul. Książęcą na pl. Trzech Krzyży i zwyciężyłam!

Miałam też wieczorową porą taką przygodę, że odpinam sobie rower, a tu mnie facet wzrokiem obżyna. Nie pijany i nie stary i miał wszystkie kończyny i nie nosił dobytku za sobą w reklamówce, tylko normalny, młody koleś, pożądliwym wzrokiem mnie obdarza. No więc zdążyłam się zabutlić, chyba na fali pisania z Bratem scenariusza jakby o wojnie płci, i nawtykać mu w mojej głowie, że samiec typowy, że ja tu nie stoję, żeby twoje oko cieszyć, palancie i w ogóle twoje zainteresowanie mi nie schlebia, giń samcze, utop się w testosteronie własnym. Tak się poirytowałam całą tą sytuacją, że jak przycisnęłam pedały, to chyba czasoprzestrzeń zagięłam, bo jadąc z Poznańskiej przy Metrze Pole Mokotowskie byłam w jakimś absurdalnie krótkim czasie.

ALE! Tak na wkurwie nabrałam prędkości, że nagle usłyszałam TRZASK! gdzieś w dole roweru i przestał być mój. Tzn. na pewno nie ja nim kierowałam, tylko sam szatan. Żeby tej jakże przyziemnej historii dodać szczyptę pikanterii uzupełnię, że własnymi ręcami odpięłam jakiś czas temu hamulec ręczny, gdyż uznałam, że słabo działa. Stanęłam więc ze śmiercią twarzą w twarz i musiałam z tej swojej prędkości nadświetlnej wyhamować jakoś i to tak, żeby nie wjechać z impetem na skrzyżowanie, na którym bajdełej miałam czerwone światło. Prawie mi serce ze stresu stanęło i musiałam jednak jakoś kopytami złapać grunt i jakoś może jednak cudem zwolnić. Udało mi się przy samym wjeździe na skrzyżowanie, więc zakurwiłam siarczyście i postanowiłam zmierzyć się z sytuacją. Sytuacja zaś była w gruncie rzeczy bardzo przyziemna - łańcuch mie spadł z tylnej zębatki. No więc ujebawszy się niemiłosiernie smarem uporałam się z tym defektem i postanowiłam jechać dalej.

Minęłam najbardziej mnie stresujące skrzyżowanko i sobie pedałowałam dalej z wiatrem we włosach, aż tu nagle...TRZASK! Więc replay - znowu stres, znowu hamowanie kopytem, znowu tuż przed kolejnym skrzyżowaniem. Zlazłam więc z roweru, zakurwiłam powtórnie i oceniłam sytuację. No słaba była, gdyż łańcuch spadł mi tym razem z obu zębatek, a że mam nad nimi taką osłonkę, to się jakoś zakleszczył i dupa. W tym momencie zadzwonił telefon z UK i siostra coś gada o jakimś locie do Londynu... No a że ja najbardziej potrzebowałam zadzwonić do rowerowego eksperta, czyli Zofii, to mówię TAK, TAK, OK. W rozmowie z Zoff trochę sobie histeryzowałam, aż tu podchodzi do mnie łysy byczek ze szlugiem w zębach i bardzo uprzejmie pyta, czy mi pomóc. Musiałam odszczekać w swym środeczku wszystkie złe słowa na samców i testosterony, gdyż tym razem to pan się upierniczył smarem dla damy, czyli dla mnie i zaprawdę miłe to było bardzo, gdyż nagle poczułam się mała, malutka i bezradna w tym złym, ciemnym świecie, pełnym spadającym łańcuchów i tego syfistego smaru, a on stał się moim rycerzem, tylko że bez konia.

Pouczona więc, żeby może nie pedałować ZA BARDZO, postanowiłam udać się na Wierzbno w tempie staruszki z sanatorium w Ciechocinku, która właśnie wybiera się na okłady z borowiny. Bardzo to było dla mnie trudne, gdyż wolno to ja nie lubię i to nie lubię w każdej dziedzinie życia. Więc jechałam niespiesznie, przed każdym skrzyżowaniem zatrzymując się 3 metry od niego, kiedy to...TRZASK! No żesz kurwa mać, se pomyślałam i tak, tak, łańcuszek nasłodszy z zębatuniuni spadł kolejny raz tego wieczorku. Ponieważ już trochę wprawy nabrałam, utytłałam się znów i z kurwą na ustach ruszyłam do domu.

Jak już dojechałam, przypięłam rower, zrzuciłam z siebie odzież, wyszorowałam łapy ze smaru, wsadziłam papierosa do ust i udałam się na balkon, aby go spalić, dopadła mnie myśl: WAIT! WHAT? Londyn? Bilet? Do Justyny i Zosi Klona? Łotdafak? No i kiedy już wybierałam numer do Justyny, to zadzwoniła, żeby opowiedzieć jak będzie. Otóż: będzie BOSKO. Będzie przylot w piąteczek, w sobotunię będzie party w stylu polskim, a w niedzielę Juster planuje kaca, ale będziemy to negocjować, bo ja planuję zwiedzanie i zdjęciunia na fejsbunia. Tak sobie to dziewczynki wymyśliły, że ponieważ już miałam urodziny, Zosia Klon też, a Juster mieć będzie, to z okazji naszych urodzin bilet będzie dla Sęta. Justyna już ma stres, dokąd będzie bilet za rok, bo niepostrzeżenie sama sobie poprzeczkę podniosła, ale ustaliłyśmy, że rok aż takie okrągłe te urodziny nie będą, bo tylko 29+1, a za 2 - 29+2.

Więc podsumowując - jechałam dziś rowerem ze śmiercią na ramieniu i jakby takie emocje były jeszcze za mało intensywne, to wpadł prezent, w ramach którego pierwszy raz polecę samolotem. No szał. Nie wiem, jak żyć teraz, bo zasnąć to mi się na pewno nie uda. No i muszę spróbować nie zabić się na rowerze przed 31 maja, bo naprawdę niezręcznie byłoby nie polecieć ;)

Entuzjazm sto pro!!!

2 komentarze: