9 czerwca 2013

London calling i inne takie takie

No i nie pisałam z tego Londynu, bo nie było kiedy. Zresztą werbalnie byłam chłostana za siedzenie na fejsie, przez co do kompa siadałam z letką nerwicą i w takich warunkach po prostu nie dało się pisać!

Muszę powiedzieć, że mam takie przeczucie, że mogłabym żyć w Londynie. Nie wiem, czy zniosłabym tę masę ludzi..., ale jakaś taka dobra atmosfera tam jest. Taka, że chce się tam być. Ja pomysł na Londyn miałam taki: wypisać (i wysłać) pocztówki, powsiąkać w miasto, napić się piwa w angielskim pubie. Mission accomplished, dumnie ogłaszam.

Snułyśmy się z Czesterem w zasadzie bez jakichś konkretnych planów (no poza zakupem pocztówek oczywko). A to sobie zjadłyśmy lunch na trawie w parku (tu muszę zaznaczyć, że w Londynie się opaliłam, TAK, OPALIŁAM SIĘ W LONDYNIE i nie spadła na mnie ani kropla deszczu), a to sobie suweniry oglądałyśmy... Niezmiennie byłam i jestem pod wrażeniem architektury tamtejszej i jak czub robiłam zdjęcia budynkom.

Z doświadczeń miejskich bardzo na minus - wizyta w M&M's World. Prawie umarłam z nadmiaru bodźców, gdy tylko zrobiłam ze 3 kroki in. Z doświadczeń miejskich bardzo na plus - spacer po Soho. Tylu pięknych ludzi tam było, że w końcu poczułam, że gdzieś przynależę, że to po prostu moje miejsce ;) Bardzo miłym zaskoczeniem były magazyny w kiosku w/na Soho - w jednym na okładce o Annie Grodzkiej, drugi w całości poświęcony rodzicielstwu LGBT. Można? Można!

Zmierzyłam się też z zamawianiem piwa w pubie i nawet udało mi się nawiązać small talka z przemiłym barmanem, który za liczenie przedziwnych angielskich monet wystawił mi A+ :)

W niedzielę natomiast spędzałyśmy czas we trzy - Juster, Zofia i ja. Zofia zanimowała nam czas grillem w towarzystwie Brytów, co dla mnie było wyzwaniem towarzyskim oraz żywieniowym, bo te wszystkie kiełbaski, karkówki i żeberka to jest jednak wielka pokusa dla początkującego wege. Poza tym, że pośmiewiskiem ze względu na to mięso, byłam też świadkiem rozmowy, czym się różni krykiet od baseballu. Przysłuchiwałam się bardzo uważnie, mając w pewnym momencie wrażenie, że chyba mi się kable w mózgu poluzowały. Jak to kij szeroki, przecież się gra młoteczkiem (albo flamingiem, jak w Alicji). Jak to bazy. Jak to gra się w to 5 dni - 5 dni pchania piłek młotkiem? Kto to w ogóle ogląda??? Kaganek oświaty przyniosła mi Zosia, która rzekła: Cricket! A ja, że no krykiet, krykiet. A ona: Cricket, a to, o czym myślisz, to croquet. Nie mogę nadziwić się światu.

Uwaga, będą douczki.
CROQUET:



CRICKET:


[A wczoraj wykoncypowałyśmy z Z, że croquet na koniach to chyba będzie polo!]

Ekscytujący pobyt zakończył nie mniej ekscytujący quest, prawdziwa gra miejska. Wyzwanie: dotrzeć na lotnisko Stansted. Były emocje. Autobus na stację Shepherd's Bush, metro na stację Liverpool Street, wielki dworzec (nie że jak Metro Wilanowska, WIELKI) i sztuka orientacji w przystankach, autobus na lotnisko. W międzyczasie poszukiwanie znaczków międzynarodowych (fail), a następnie skrzynki. Nie powiem, do dziś jestem z siebie dumna. Zostałam bohaterką w swoim domu.

NAJNOWSZE ODKRYCIE
Z ciekawostek z polskiej ziemi: okazało się, że jestem nieoszlifowanym diamentem tenisa stołowego. Moja technika, oparta na totalnym braku praktyki, pcha piłeczkę w kierunki nie do przewidzenia, co pozwala mi fizycznie wykończyć biegającego wokół stołu przeciwnika. Drżyjcie, nadchodzi ping-pong master! :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz