I tak oto spędzam czas nie angażując się praktycznie w nic.
KILKA SŁÓW O...
Obce są mi emocje stadne. Nie odczuwam emocji grupowych - nie płakałam po papieżu, prezydencie i po Michaelu Jacksonie też nie. Oceniam te zdarzenia rzeczywiście jako bardzo przykre, choć nie bardziej przykre niż śmierć osób, które codziennie giną w wypadkach samochodowych. Być może zdrewniałam, być może jest to kwestia osobistych doświadczeń, po których właściwie nic nie robi już na mnie wrażenia. Wiem natomiast, że w takich chwilach przeciętny człowiek ma potrzebę przynależenia do grupy, która jego emocje z nim dzieli.
A teraz kontekst powyższej refleksji: wracam z pracy w sobotę i dostaję smsa, że Amy nie żyje. Ponieważ trudno mi było w to uwierzyć, zajrzałam na fejsa i rzeczywistość nie chciała być inna - wielu moich znajomych zapostowało taką informację. Pierwsza myśl była mniej więcej taka: ojej, to, że się tego spodziewałam, wcale nie ułatwia sprawy. Podłączyłam się zatem do sieci i obczytałam wszystko, co się da. I trochę teraz żałuję, bo okazało się, że ludzie mnie drażnią.
Pierwsza grupa - ci z instynktem stadnym. Zauważyłam, że muszą COKOLWIEK powiedzieć, żeby zaakcentować, że należą do grupy. Do tej cierpiącej. Więc sypią banałami jak z rękawa, piszą rzeczy, których wstydziłabym się pomyśleć (I hope there's rehab in Heaven). Bardzo chciałam napisać: nie mów, jeśli nie masz nic do powiedzenia!, ale przypomniałam sobie, że cudzych emocji się nie ocenia, zwłaszcza przez pryzmat swoich. Więc wzbiłam się na wyżyny tolerancji i postanowiłam po prostu nie czytać już ani jednego komentarza.
Druga grupa - hejtersi. Ci zdecydowanie wzbudzają moją niechęć i w dupie mam tolerancję.
NIE PŁAKAŁEM PO AMY WINEHOUSE.
MOGŁA NIE CHLAĆ I NIE ĆPAĆ.
NIE JEST MI JEJ SZKODA, MOGŁA COŚ ZROBIĆ ZE SWOIM ŻYCIEM, ALE NIE ZROBIŁA. CHYBA WIEDZIAŁA NA CO SIĘ PISZE, JAK ZACZYNAŁA ĆPAĆ.
Otóż, drodzy hejterzy, nic nie wiemy o Amy. Nic nie wiemy o jej walce ze sobą i o jakości jej życia. Rozsądny człowiek nie wypowiada się o rzeczach, o których nie ma pojęcia. Ale nie hejter, hejter się wypowiada, bo jego świat jest czarno-biały. TRZEBA BYŁO COŚ ZROBIĆ ZE SOBĄ. Nie mogę spokojnie słuchać ograniczonych ludzi, brak mi dystansu i cierpliwości. Przeciętny człowiek nie ma świadomości, że choroby psyche są tak samo ciężkie jak choroby ciała i tak samo są poza wolą chorego. Do osoby która ma zapalenie oskrzeli nie mówimy raczej: a weź już przestań, ten kaszel mnie denerwuje, ZRÓB COŚ ZE SOBĄ, nie możesz oddychać normalnie?! Nie rozumiem więc, dlaczego do osób mających chorą duszę podchodzi się tak surowo i nie daje im prawa do cierpienia.
Faktycznie, Amy ćpała i piła, uprawiała autodestrukcję na pełnej kurwie. Ktoś, kto myśli płytko, faktycznie może dojść do wniosku, że chciała umrzeć (a na pewno nie chciała żyć). Tylko u mnie dreszcz wywołuje fakt, że jednak wezwała do siebie karetkę. Czyli wiedziała, że umiera. I nie chciała umrzeć.
Marzę o tym, żeby ludzie w ciężkich chwilach jednak milczeli; cisza jest zdecydowanie bardziej wymowna.

ewo sętosko, kocham cię! a.r. :)
OdpowiedzUsuń