27 listopada 2011

Drodzy Państwo, jest nadzieja!

Cóż, nie dało się ukryć faktu, że w ostatnich tygodniach, a szczególnie w ostatnich dniach ostatniego tygodnia byłam koszmarnie przytłoczona sytuacją. Z mojej obserwacji siebie wynika, że za mój stan (płakanie w tramwajach, przy każdym pytaniu 'co słychać?', przy każdej rozmowie z przyjaciółmi z GPD, ogólną nadwrażliwość, wybuchanie gniewem, wyżywanie się na osobach, na których mi zależy, odkładanie słuchawki w połowie wypowiadanego przez rozmówcę zdania, etc.) w pełni odpowiedzialna jest sytuacja oraz fakt, że pracowałam trzy dni z rzędu na godzinę 7, co oznacza, że budziłam się o 5.40 i w stanie śmierci mózgowej i wczesnoporannego przemarznięcia ruszałam prostować marksowe wieszaki.

Przyczyny mojego nieszczęścia jakby z letka uległy złagodzeniu. Nowa marksowa szefowa zlikwidowała zmiany na 7 rano i niech jej to Bozia wynagrodzi w najpiękniejszy sposób. Przyczyna nieszczęścia związanego z bezdomnością, czyli moja siostra, zdeklarowała się pomóc w przypadku, gdy nie znajdę pracy. [Przy czym należy zauważyć, że szukam od sierpnia i odzew jest prawie żaden, a tłumaczyć, jaka jestem zajebista chyba nie muszę.]

W mojej głowie znienacka pojawiła się też furtka Londyn. Rozwiązanie to zasiała mi Ciocia, mama Justyny, która od lipca jest powsinogą i tam właśnie zamieszkała. Sprawy moje nigdy nie były tak popieprzone jak są teraz, właściwie powątpiewam, czy kiedyś będą popieprzone bardziej, więc moment jest faktycznie sprzyjający. Sprawa jest wstępnie skosztorysowana, teraz tylko czekam na to, jak wypowie się w tej sprawie Wszechświat, który przecież sprzyja pragnieniom, kiedy się czegoś naprawdę pragnie (parafrazując mojego mistrza P. Coelho). Jeśli się wypowie tak, że nagle z nieba spadnie mi kokosowa praca i będę mogła przestać pracować 14 godzin dziennie, żeby wiązać ledwo koniec z końcem, to zostaję. Jeśli nie, to wyjeżdżam do tego naszego europejskiego Eldorado.

A tymczasem wisi nade mną przeprowadzka na Wierzbno. I choć przeprowadzki same w sobie powodują u mnie opad rąk i mentalną sraczkę, to ta mnie trochę ekscytuje. Mamy taką wizję z Anną, że cały grudzień będziemy nakurwiać prezenty, że sobie urządzimy taki warsztat świętego Mikołaja i będziemy dawać wyraz naszej twórczej energii. Wstępnie nagrałam również temat warsztatów z robienia na drutach, o które prosiła Halinka. Więc, Halle, masz to prawie załatwione.

W ramach wstępu do zimowej sielanki zeżarłyśmy śmieciowy obiad i obejrzałyśmy Clerks II (tzn. ja tylko połowicznie obejrzałam, bo biegłam na tram). Tu, proszę, wideło:


I jeśli mnie oczy nie mylą, to na froncie densuje tam Marty Kudelka.

Udaję się na spoczynek, bowiem jest listopad, więc jutro na 7...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz