7 grudnia 2011

Kinky bed i inne takie takie

Ej, ja nie wiem, co to za fluidy są w tym mieszkaniu na Wierzbnie, ale ja znów miałam nocny romans. Dziś śnił mi się romans z długowłosym Indianinem, który pachniał słońcem. Nie umiem inaczej nazwać tego zapachu, wiadomo o co chodzi. Jedyne, co trochę niepokoi to wizja zdejmowania jego skóry (tej osobistej, właściwej skóry), żeby wyjąć z niej drzazgę. Potem tę skórę z powrotem na siebie założył. Potem było pięknie, uczył mnie plemiennych tańców, ubawiłam się po pachi. I nie, nie chcę, żeby mi ten sen analizowano, chyba że Halinka, bo ona w tych sprawach daje radę. Może mi wytłumaczy, skąd się biorą te samce ciągle, skoro samcom akurat przypisuję taką paletę cech, która mnie absolutnie zniechęca do sprawdzania zapachu ich skóry.

Mam taki defekt mózgu, który nie pozwala mi się wyluzować, jeśli projekt nie został zakończony. Projekt 'przeprowadzka' zostanie zakończony w chwili, kiedy przekażę dziewczynom z Waszyngtona moje rzeczy na przechowanie i coś mi się wydaje, że do tego czasu będę mieć ciężką głowę. W ramach projektu 'przeprowadzka' nauczyłam się dziś nowej rzeczy. Niby oczywista oczywistość, ale jednak sprzedam światu tę refleksję:

DRODZY MOI, podczas malowania NALEŻY JEDNAK zabezpieczać taśmą malarską listwy podłogowe, kontakty, framugi, etc. Nawet jeśli wydaje się, że wcale nie trzeba, to trzeba, gdyż prędzej czy później przyjdzie ten czas, kiedy wszystko co niezabezpieczone szorować trzeba będzie na kolanach, w pocie czoła. A żmudna i nudna (jak chuj) jest to praca.

A jak już sobie snuję takie refleksje, to jeszcze jedna będzie którą się dzielę na prawo i lewo, nawet jeśli mnie nikt nie prosi. To teraz się podzielę wprost:

Ubrania zakupione w sklepach NALEŻY wyprać. Pamiętam, że kiedyś moja Klonica/Klonka Zofia powiedziała do mnie coś na kształt: 'nie przepierzesz tej bluzki?', na co ja: 'nie, PRZECIEŻ JEST NOWA!'. Otóż, moi drodzy, nic co kupujecie w sklepie z ciuchami i jest ciuchem nie jest nowe. I zrozumiałam to dopiero w butiku u Spenta. 'Nowy' ciuch przechodzi taką drogę od producenta do konsumenta, że naprawdę, naprawdę... opadają ręce. Mało, że te ciuchy macają wszyscy fabrykanci, magazynierzy czy sprzedawcy, to jeszcze lądują one na podłodze jakiś miliard razy, są wypożyczane i zwracane, kupowane i zwracane, a co gorsza przymierzane nierzadko przez takie elegantki, które swój absolutnie wyjątkowy bukiet zapachowy na bazie poliestru zostawiają na tych ciuchach. Więc jeśli ktoś chciałby mieć świerzba czy innego rodzaju problem dermatologiczny, to niech nie pierze swojego 'nowego' ciucha. A jeśli jednak nie chce, to niech korzysta - za free - z dobrej rady cioci Ewy, weteranki handlu, i jednak pierze.

***
A na zakończenie i na zmianę klimatu - piosenka dnia:


Dobrej nocy!

Anonimie, miło Cię widzieć ponownie ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz