13 października 2011

Whenever I'm down I call on you, my friend

Na weekend taki jak ten miniony czekałam - naprawdę - cały rok.

W piąteczek pobiłam swój rekord piwny. [Kiedy byłam młoda, głupia i chodziłam w glanach i do podstawówki, ustanowiłam nieprzekraczalną granicę dwóch piw, gdyż tyle właśnie wystarczyło, aby obsikać sobie ulubione glany w kolorze bordowym. Od tego czasu zmądrzałam, ciut spoważniałam, staram się nie oddawać moczu w plenerze - z różnym skutkiem - oraz staram się nie pić więcej niż dwa piwa.] Spotkaliśmy się w wielce miłym miejscu, czyli na Chłodnej 25. Nawiązałam znajomości kiblowe - przypadkiem okazało się, że mam dokładnie taki cykl trawienia alkoholu jak kilka innych osób i spotykaliśmy się w toalecie za każdym razem w tej samej konfiguracji, czyniąc sobie jednocześnie drobne uprzejmości jak np. opuszczanie deski, przepuszczanie się w kolejce, etc. Okazuje się, że po wypiciu 5 piw, systematycznie donoszonych przez Kamila, opuściła mnie fobia społeczna i byłam w stanie rozkosznie konwersować z obcymi. Niewiarygodne.

Sobota minęła pod znakiem ogarniania urodzinowego prezentu dla Kamila, wypiekania urodzinowego ciasta z miłością, warczenia na szanowne współlokatorstwo i innych ludzi, którzy w tym dniu wykonali do mnie telefon. A potem urodziny, nocny szał w Glamie, wczesne śniadanie w McD i powrót do domu na 6 rano. I bolesna pobudka, kiedy to kac kazał mi wypić alka-seltzer i wrócić do spania, a okazało się, że godzina jest nieboska i dawno powinnam wstać.

Ponieważ dzieją się w mojej codzienności rozmaite przyjemne i nieprzyjemne rzeczy, to jestem bardzo humorzasta, można by rzec - hormonalna - ale pewnie byłoby to uproszczenie. Tak czy inaczej, przechodzę różne fazy. Albo chlipię w tramwaju, bo usłyszę wzruszającą piosenkę, albo ciskam smsami w celu spowodowania konfliktu i wyładowania swojej skumulowanej energii.

- I teraz właśnie wchodzimy do części poświęconej tym, którzy SĄ. -

Otóż w tym trudnym czasie znów dochodzę do wniosku, że otaczają mnie bardzo wyjątkowi ludzie. Chciałabym zadedykować im - Wam - coś, jakiś tekst, piosenkę, cokolwiek, ale musiałabym to chyba najpierw skomponować, żeby zawrzeć wszystko, co mam do przekazania.

Jest Magda, która po 10 latach nadal z takim samym zrozumieniem słucha moich opowieści; nie podważa sęt-emocji i wagi wydarzeń. Pomimo ogromnej burzy u siebie ma do moich przeżyć dużo szacunku. I za każdym razem powtarza, że przy rozstaniach nie liczy się czas trwania związku, bo emocje są zawsze te same.

Jest Katarzyna, której po 12 tłustych latach nawet nie muszę tłumaczyć, jak się czuję. Po prostu opowiadam, co u mnie, a ona WIE. Daje mi zaskakującą perspektywę, bo jest megamózgiem i widzi sprawy z punktu, który dla mnie jest nieosiągalny, bo mam chyba zbyt małą głowę. Złoży szafę, nauczy pakować przeprowadzkowe pudełka, znokautuje w boksie na Xboksie. Niezastąpiona przy garach i Martini.

Jest Karol, z którym wypracowaliśmy taki poziom zażyłości, że pozwalam powiedzieć sobie wszystko, łącznie z tym, czego nie chciałabym usłyszeć. Wiem, że cokolwiek się dzieje między nami, nawet niepozytywnego w momencie 'dziania', służy temu, żeby było lepiej kiedyś-tam. No i wiem, że z Karolem mamy jakieś 'kiedyś'. Wiem też, że nie muszę przepraszać za swoje zachowanie w gorszych chwilach, co i tak robię, ale wiem, że nie muszę, bo bierzemy siebie nawzajem w całości, łącznie z nieciekawymi aspektami naszych osobowości.

Jest Halina, która potrafi prześmiać moje najbardziej żenujące zachowania i werbalnie dać mi w mordę, kiedy trzeba, nie obawiając się konsekwencji. Myśli o mnie, pisze i przynosi w słoiku sałatkę do pracy oraz paczkę, która przez pomyłkę przyszła na firmowy adres. Dużo rozumie, często się stawia, nie daje się zastraszyć ;) Megamocne wsparcie w najczarniejszych chwilach.

Jest Kamil, który ma dla mnie dokładnie tyle czasu i uwagi, ile potrzebuję. Jako istota bezkonfliktowa potrafi funkcjonować w moim otoczeniu i nie daje się sprowokować nawet wtedy, kiedy bardzo się staram wywołać konflikt. Wszystko rozumie, rzadko się złości, no po prostu uosobienie dobroci - i nie jest to szydera.

Jest Anna, której wybaczam to, że jest hipsterką, a ona toleruje mój emocjonalny terroryzm. Potrafi przyjść na spotkanie bardzo późnym wieczorem lub dojechać taksówką ciemną nocą, jeśli jest taka potrzeba. Chętnie wstanie też o 4 rano, żeby pożegnać cudzą kuzynkę na lotnisku. Dużo ciepła i pozytywu, czasem nawet na krechę/zeszyt, kiedy się jest chwilowo mentalnie dalej, niż by się chciało.

Mam po prostu dużo szczęścia. Czasem kiedy sobie to uświadomię, to wzruszenie mnie chwyta za gardło. To trochę jak u Ally McBeal:
Maybe I'll share my life with somebody, maybe not. But the truth is, when I think back of my loneliest moments, there was usually somebody sitting there next to me.
I dlatego właśnie muzyczna dedykacja 4 my people:


PS. Suchar, wiem :) Tylko strasznie jestem ostatnio upierdliwa, więc niech to będzie taka próba wynagrodzenia tego; niech wiedzą, że doceniam i uwielbiam :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz