Bo rozpoczęłam porankiem idealnym, kiedy to spełniłam się jako kobieta i jako ziom jednocześnie, i zaserwowałam narażając opuszki palców, moje ulubione śniadanie niedzielne w sobotę. Lubię mieć czas na wstawanie bez budzika, leniwe przewalanie się w wyrze, lubię poranny BRAK KACA :) i brak smutnego pierdzenia już od świtu.
Sporo czasu spędziłam na trawie na Chomiczówce, grzejąc gnaty w słońcu, pijąc herbatę truskawkowo-waniliową, czytając gazetę i rozmawiając o życiu, choć życie teraz akurat głównie doświadcza najbliższą mi osobą w dość nieprzyjemny sposób. Kamień w sęt-klacie pęka.
No a gwoździem programu i wejściem w urlop z prawdziwym pierdolnięciem było wybranie się z Katarzyną na otwarcie Chłodnej. Tam się odbywał REGULARNY FESTYN i myśmy ten festyn powitały REGULARNĄ GASTROFAZĄ. Na początek: łoooo łoooo, wata cukrowa! A potem: łooo łoooo, okienka! Potem dałyśmy sobie szansę na przejście przez stragany, ale niestety minął nas pan z pajdą ze smalcem i kwaszeniaczkem, więc powstrzymałyśmy atawistyczny odruch zapolowania na pożywienie poprzez zabranie go temu panu i postanowiłyśmy niezwłocznie pozyskać taką kanapkę. W międzyczasie Kasia wypatrzyła odpustowe szyszki z ryżu dmuchanego, więc oszamano szyszkę, a potem wspomnianą kanapkę ze smalcem. Potem naszła mnie ocha na kiełbę z grilla i piwo, ale jako że żywieniowy spec orzekł, że grill jest brudny, trzeba było porzucić kiełbasiany pomysł. W trakcie jak go porzucałyśmy trafiłyśmy na stragan z mega długimi żelkami, więc, jako że festyny się nie zdarzają przesadnie często, opierdoliłyśmy żelkę. Obczaiwszy sytuację na Chłodnej 25, trafiłyśmy na degustację smalcu i z kanapką na drogę udałyśmy się do Szwejka.
No a gwoździem programu i wejściem w urlop z prawdziwym pierdolnięciem było wybranie się z Katarzyną na otwarcie Chłodnej. Tam się odbywał REGULARNY FESTYN i myśmy ten festyn powitały REGULARNĄ GASTROFAZĄ. Na początek: łoooo łoooo, wata cukrowa! A potem: łooo łoooo, okienka! Potem dałyśmy sobie szansę na przejście przez stragany, ale niestety minął nas pan z pajdą ze smalcem i kwaszeniaczkem, więc powstrzymałyśmy atawistyczny odruch zapolowania na pożywienie poprzez zabranie go temu panu i postanowiłyśmy niezwłocznie pozyskać taką kanapkę. W międzyczasie Kasia wypatrzyła odpustowe szyszki z ryżu dmuchanego, więc oszamano szyszkę, a potem wspomnianą kanapkę ze smalcem. Potem naszła mnie ocha na kiełbę z grilla i piwo, ale jako że żywieniowy spec orzekł, że grill jest brudny, trzeba było porzucić kiełbasiany pomysł. W trakcie jak go porzucałyśmy trafiłyśmy na stragan z mega długimi żelkami, więc, jako że festyny się nie zdarzają przesadnie często, opierdoliłyśmy żelkę. Obczaiwszy sytuację na Chłodnej 25, trafiłyśmy na degustację smalcu i z kanapką na drogę udałyśmy się do Szwejka.
W Szwejku miałyśmy wyjątkowego pecha, bo moja golonka była nie do zjedzenia, a kasina sałatka z łososiem też dupy nie urwała. Zdałam sobie też sprawę, że nienawidzę ludzi, a zwłaszcza podstarzałych ropuch śmiejących się chyba tylko w swojej głowie zalotnie, stukających przaśnie kieliszkami przed każdą lufą i opowiadających żenujące kawałki w tonacji wyższej niż akceptowalna.
Trzeba było więc wytłumić niesmak spowodowany przykrą konfrontacją marzeń o zajebistym Szwejku a rzeczywistością, a najlepiej się to robi z pomocą froyo z MGEat. A potem: spacer, wermut, chipsy i regularny cukrowy haj.
Trzeba było więc wytłumić niesmak spowodowany przykrą konfrontacją marzeń o zajebistym Szwejku a rzeczywistością, a najlepiej się to robi z pomocą froyo z MGEat. A potem: spacer, wermut, chipsy i regularny cukrowy haj.
Tyle mam planów na ten tydzień, że będę musiała ogarnąć sobie dobę z gumy. Lumpeksy przede wszystkim, łażenie po mieście i łapanie słońca. W czwartek tu, przy okazji zachęcam do dołączenia. I jeszcze chciałabym zobaczyć pokonkursową wystawę Dobry Wzór w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. I wypić morze kawy ze wszystkimi Krewnymi i Znajomymi Królika, których zaniedbałam przez pracę w fabryce stylu i szyku (:P). I koniecznie ogród w BUWie, w zasadzie powinno się go otwierać wyłącznie jesienią, bo nie zobaczyć go jesienią to trochę jak nie opierdolić obwarzanka na festynie. No obciach.
Można też aplikować na towarzysza urlopu. Aplikacje przesyłamy wiadomo jak, czyli jakkolwiek, byle skutecznie. Żegnam czule życząc dobrej nocy, tudzież dobrego dnia. xoxo :D
Aha, aha, pocztówka muzyczna na nadchodzące dni: (bo zakochałam się, mistrzostwo świata)
Aha, aha, pocztówka muzyczna na nadchodzące dni: (bo zakochałam się, mistrzostwo świata)
Ja co prawda nie zamierzam w najbliższym czasie porzucać miasta, ale jakiś taki urok jest w tej piosence, nie do opisania ("czuję, że idziesz, szeleszczą liście..."). Och, ach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz