Prawdziwa katastrofa nastąpiła jednak chwilę później, kiedy
to okazało się, że nie ma prądu. Mój komputer i oba telefony na rezerwie, a
prądu, seriously, honestly, brak! To oznacza, że nie mogłam słuchać Gry o Tron,
co ją dostałam od graficzki Gosi, a tym samym nakurwiać kominów. Tzn.
oczywiście teoretycznie mogłam, lecz praktycznie – nie byłam tak efektywna.
Niedziela – dzień gościa, a więc zawitała do mnie rodzona
matka oraz rodzona siostra i spędziłyśmy sobie bardzo miło czas. Na drugą
zmianę dobiły Dziuro i Kuro, porozmawiałyśmy o życiu i śmierci, pozżymałyśmy na
wspólnego ex-pracodawcę, bo nic tak dobrze nie robi, jak regularne
krytykowanie, a także poobgadywałyśmy bieżące sprawy, np. Kuro-fryzurę, która
jest cudna i pożegnałyśmy się nim zapadł zmrok, co by dziewczęta mogły
spokojnie i za dnia przejść przez las, w którym jestem.
Po zmianie czasu dzień mijał dziwnie, ok. godz. 20 byłam już
śmiertelnie znudzona życiem i senna, lecz rozbudziłam się, kiedy to na
korytarzu rozległy się dziwne dźwięki. Pani Róża z łóżka naprzeciw zrobiła
rekonesans, z którego wynikło, iż to jakiś zombiak – z braku prądu w gniazdku
we własnej sali – postanowił podpiąć się z radyjkiem na korytarzu obok
czajnika. A że był to lekko przygłuchy zombiak, to cały oddział kardiolo miał
możliwość wysłuchania audycji, co się rozpoczynała słowami „szczęść Boże”, gdyż
było to Radio Maryja. To złamało mój hart ducha i wyrwało mi się „no nie,
kurwa, to się nie dzieje”.
Tak minęła mnie niedziela J
Aż mnie zakuło pod bokiem od tych rytmicznych skurczów przepony i tym podobnych;)
OdpowiedzUsuńŚlę pozdrowienia zza fartucha, obserwując życie pacjentów na Bahamach, Ochocie.
KasiaK