29 października 2012

Dzień 4, ta ostatnia niedzielaaa

A kiedy już myślałam, że w niedzielę nic się nie dzieje, to przyszła pani doktor i okablowała mnie na 24h, więc nie mogłam np. gadać przez telefon komórkowy oraz – najgorzej – wziąć prysznica.

Prawdziwa katastrofa nastąpiła jednak chwilę później, kiedy to okazało się, że nie ma prądu. Mój komputer i oba telefony na rezerwie, a prądu, seriously, honestly, brak! To oznacza, że nie mogłam słuchać Gry o Tron, co ją dostałam od graficzki Gosi, a tym samym nakurwiać kominów. Tzn. oczywiście teoretycznie mogłam, lecz praktycznie – nie byłam tak efektywna.
Niedziela – dzień gościa, a więc zawitała do mnie rodzona matka oraz rodzona siostra i spędziłyśmy sobie bardzo miło czas. Na drugą zmianę dobiły Dziuro i Kuro, porozmawiałyśmy o życiu i śmierci, pozżymałyśmy na wspólnego ex-pracodawcę, bo nic tak dobrze nie robi, jak regularne krytykowanie, a także poobgadywałyśmy bieżące sprawy, np. Kuro-fryzurę, która jest cudna i pożegnałyśmy się nim zapadł zmrok, co by dziewczęta mogły spokojnie i za dnia przejść przez las, w którym jestem.

Po zmianie czasu dzień mijał dziwnie, ok. godz. 20 byłam już śmiertelnie znudzona życiem i senna, lecz rozbudziłam się, kiedy to na korytarzu rozległy się dziwne dźwięki. Pani Róża z łóżka naprzeciw zrobiła rekonesans, z którego wynikło, iż to jakiś zombiak – z braku prądu w gniazdku we własnej sali – postanowił podpiąć się z radyjkiem na korytarzu obok czajnika. A że był to lekko przygłuchy zombiak, to cały oddział kardiolo miał możliwość wysłuchania audycji, co się rozpoczynała słowami „szczęść Boże”, gdyż było to Radio Maryja. To złamało mój hart ducha i wyrwało mi się „no nie, kurwa, to się nie dzieje”.
Tak minęła mnie niedziela J

1 komentarz:

  1. Aż mnie zakuło pod bokiem od tych rytmicznych skurczów przepony i tym podobnych;)
    Ślę pozdrowienia zza fartucha, obserwując życie pacjentów na Bahamach, Ochocie.
    KasiaK

    OdpowiedzUsuń