25 października 2012

Z emocji wypiłam cały zapas wody, czyli dzień 1

No i cóż mogę powiedzieć… Generalnie, jak się umieści w niewielkim pokoju z zamkniętym oknem człowieka, który cierpi na nadpobudliwość towarzyską oraz dopiero co odkrył swoją wielką życiową pasję, czyli jazdę na rowerze, to człowiek jest na skraju załamania nerwowego.

Prawdę mówiąc, nastawiałam się, że to będzie coś a la kolonie. W sensie, że luz i dużo ciekawych rzeczy do zrobienia. Ale muszę powiedzieć, że na izbie przyjęć wpisano moje przyjście na 13.30, a ja mniej więcej o 14.40 chciałam się już wypisać. Nie że coś nie tak. Po prostu czas tutaj płynie taaaaaaaaaak wooooooolnooooo, że znieść się tego nie da. Prawie zapadłam w zimowy sen, a kto to słyszał spać w ciągu dnia – te czasy już dawno za mną!
Oczywiście przede wszystkim zrobiłam rekonesans sanitarny, a w drugiej kolejności żywieniowy (pjorytety, pjorytety). Napisałabym, że w trzeciej kolejności był towarzyski, ale tę sferę życia przekreśliłam, choć i tak jest lepiej niż się spodziewałam, bo poza mną w sali są dwie panie w średnim wieku i mają trochę zalet: nie są w podeszłym wieku, żadna z nich nie umiera (jak dotąd), więc nie jęczy w malignie i żadna nie śmierdzi. Good start, jak mawia Lech ;)
A propos rekonesansu sanitarnego… Cóż, na początek strzał, że papier toaletowy każdy musi mieć swój. I tu od razu przypomniał mi się pobyt mamy w szpitalu, w którym to szpitalu, o ile się nie mylę, ktoś jej ten papier ciągle podpierdalał. Postanowiłam więc swój trzymać pod poduszką i strzec jak dziewictwa. Gdybym miała sznurek (wait, mam włóczkę!), to bym go sobie przytroczyła do spodni :P
Kontynuując wątek – toalety są dwie i jedna kabina prysznicowa, której niefartem jest to, że się ulokowała w schowku na szczotki i baseny, więc zdarza się i tak, że jak sobie pacjent zażywa kąpieli, to mu ktoś wbija na jedynkę, dwójkę lub po pojemnik na któreś z tych. No tego, ten.
Żywieniowo podobno skromnie, co nawet mnie ucieszyło, wszakże less is more. Ja się załapałam na dietę cukrzycową (osom, samo zdrowie!), lecz entuzjazm mi opadł z letka, jak zobaczyłam, że pani starsza ma pasztecik, a ja białą kiełbę z wody. No sami rozumiecie. Ale ponieważ był to mój pierwszy i ostatni posiłek tego dnia i do tego był ciepły, a jej nie, postanowiłam go celebrować i nie wybrzydzać jak panienka z warszawki.
W gabinecie lekarskim było trochę niezręcznie. Właściwie to sama nie wiedziałam, komu jest bardziej niezręcznie – czy mi, że stoję półnaga przed facetem (no stress, Sęt, to lekarz, nie takie cycki widział), czy jemu że ja tu stoję z moim cycem w dłoni, półnaga. W każdym razie nagle ciśnionko skoczyło mi do 140/90, więc sobie pan doktor nie omieszkał zachichotać, jakie to on wrażenie na tychże kobietach wywiera. Żeby tak z emocji z niedociśnienia w nadciśnienie wpaść, no kto to słyszał ;)
A potem do salki wpadł ksiądz, proszę ja kogo (czyli że jeszcze wójta brakuje), i spytał, czy bym komunii nie chciała. Więc ja, że senkju, nie. A on, czy ja się go boję. Więc ja (spojrzawszy tak, jak na to zasłużył, czyli jak na czuba), że nie. Na co on że może jutro przyjdzie z POLICJANTEM… not even gonna comment on that, really, seriously, honestly. NOT.
A żeby szpitalnemu światu dodać kolorków powiem Wam, że w mojej sali kontakty z prundem są tylko na jednej ścianie. Na której? Nie na mojej.
Czuję się tak:



Zwłaszcza, że mówią, że może to piekło trwać nawet tydzień. But hey, czymże jest tydzień w stosunku do wieczności?
Niniejszym rozpoczynam, jak zasugerował Bronek, a zatytułował Em: PROJEKT ŚPITAL.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz