Prawdę mówiąc, nastawiałam się, że to będzie coś a la
kolonie. W sensie, że luz i dużo ciekawych rzeczy do zrobienia. Ale muszę
powiedzieć, że na izbie przyjęć wpisano moje przyjście na 13.30, a ja mniej
więcej o 14.40 chciałam się już wypisać. Nie że coś nie tak. Po prostu czas tutaj
płynie taaaaaaaaaak wooooooolnooooo, że znieść się tego nie da. Prawie zapadłam
w zimowy sen, a kto to słyszał spać w ciągu dnia – te czasy już dawno za mną!
Oczywiście przede wszystkim zrobiłam rekonesans sanitarny, a
w drugiej kolejności żywieniowy (pjorytety, pjorytety). Napisałabym, że w
trzeciej kolejności był towarzyski, ale tę sferę życia przekreśliłam, choć i
tak jest lepiej niż się spodziewałam, bo poza mną w sali są dwie panie w
średnim wieku i mają trochę zalet: nie są w podeszłym wieku, żadna z nich nie
umiera (jak dotąd), więc nie jęczy w malignie i żadna nie śmierdzi. Good start,
jak mawia Lech ;)
A propos rekonesansu sanitarnego… Cóż, na początek strzał,
że papier toaletowy każdy musi mieć swój. I tu od razu przypomniał mi się pobyt
mamy w szpitalu, w którym to szpitalu, o ile się nie mylę, ktoś jej ten papier ciągle
podpierdalał. Postanowiłam więc swój
trzymać pod poduszką i strzec jak dziewictwa. Gdybym miała sznurek (wait, mam
włóczkę!), to bym go sobie przytroczyła do spodni :P
Kontynuując wątek – toalety są dwie i jedna kabina
prysznicowa, której niefartem jest to, że się ulokowała w schowku na szczotki i
baseny, więc zdarza się i tak, że jak sobie pacjent zażywa kąpieli, to mu ktoś
wbija na jedynkę, dwójkę lub po pojemnik na któreś z tych. No tego, ten.
Żywieniowo podobno skromnie, co nawet mnie ucieszyło,
wszakże less is more. Ja się załapałam na dietę cukrzycową (osom, samo zdrowie!),
lecz entuzjazm mi opadł z letka, jak zobaczyłam, że pani starsza ma pasztecik,
a ja białą kiełbę z wody. No sami rozumiecie. Ale ponieważ był to mój pierwszy
i ostatni posiłek tego dnia i do tego był ciepły, a jej nie, postanowiłam go
celebrować i nie wybrzydzać jak panienka z warszawki.
W gabinecie lekarskim było trochę niezręcznie. Właściwie to
sama nie wiedziałam, komu jest bardziej niezręcznie – czy mi, że stoję półnaga
przed facetem (no stress, Sęt, to lekarz, nie takie cycki widział), czy jemu że
ja tu stoję z moim cycem w dłoni, półnaga. W każdym razie nagle ciśnionko
skoczyło mi do 140/90, więc sobie pan doktor nie omieszkał zachichotać, jakie
to on wrażenie na tychże kobietach wywiera. Żeby tak z emocji z niedociśnienia
w nadciśnienie wpaść, no kto to słyszał ;)
A potem do salki wpadł ksiądz, proszę ja kogo (czyli że
jeszcze wójta brakuje), i spytał, czy bym komunii nie chciała. Więc ja, że
senkju, nie. A on, czy ja się go boję. Więc ja (spojrzawszy tak, jak na to
zasłużył, czyli jak na czuba), że nie. Na co on że może jutro przyjdzie z POLICJANTEM… not even gonna comment
on that, really, seriously, honestly. NOT.
A żeby szpitalnemu światu dodać kolorków powiem Wam, że w
mojej sali kontakty z prundem są tylko na jednej ścianie. Na której? Nie na mojej.
Czuję się tak:
Zwłaszcza, że mówią, że może to piekło trwać nawet tydzień.
But hey, czymże jest tydzień w stosunku do wieczności?
Niniejszym rozpoczynam, jak zasugerował Bronek, a zatytułował
Em: PROJEKT ŚPITAL.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz