Wyjątkowo w noc ostatnią nie miałam żadnych "kolorowych snów" i okazało się, że serce bije mi ciut za wolno. Jest to o tyle ciekawe, że każdej nocy miałam co najmniej jeden sen erotyczny, co interpretuję jako równoważenie niewielkiej liczby bodźców z zewnątrz odwrotnie proporcjonalną liczbą bodźców od wewnątrz. Się osadziłam w alternatywnym świecie po prostu, przynajmniej w godzinach nocnych.
O 3 w nocy obudziłam się i nie mogłam już zmrużyć oka. Tłukłam się jakiś czas i ostatecznie zasnęłam, ale wybił mnie z tego stanu strzał z pistoletu w czoło o 6 rano. Następnie zamknęłam oczy i obudziłam się posłusznie za 2 siódma, żeby oddać próbkę m do badania. Tu muszę się pochwalić małym małym, naprawdę małym sukcesem - udało mi się trafić do pojemnika, co, jak żyję nie miało miejsca. Useful tip (dla pań): trzeba być nieprzytomną, półślepą i robić to pod presją. A potem po raz pierwszy zaspałam na śniadanie.
Wiedziałam, że pani Róża dziś idzie do domu i nawet przyśniło mi się, że się nie pożegnałyśmy. Na fali tego sennego stresu się w końcu po 5 dniach milczenia nagadałyśmy. Tu chciałabym dodać, że było to milczenie nie-wrogie, lecz serdeczne, z przestrzenią na własną przestrzeń. Nawet herbatki sobie nawzajemnie zalewałyśmy. W trakcie rozmowy dowiedziałam się, że za komuny robiło się swetry na maszynie do swetrów (seriously, nie żebym była jakimś totalnym gamoniem, ale czasem nie mogę nadziwić się światu) oraz innych, nie mniej ciekawych rzeczy, ale też nie na tyle ciekawych, żeby o nich pisać.
A potem, znienacka, przy obchodzie, doktor powiedział mi, że też do domu Sęt spierdala (tylko ładniej to ujął), czym mi zrobił przy poniedziałeczku taki prezent, że do teraz nie mogę się nacieszyć. Pożegnań nie cierpię, ale czułam ogromną potrzebę powiedzenia paniom pielęgniarkom, że są cudowne - wszakże nie jestem sępem miłości, więc nie chciałam przed nimi ukrywać tego, że mi znacznie umiliły ten pobyt. Poza tym pełna jestem podziwu dla nich, bo megaciężko pracują i to jeszcze z ludźmi, a to już najgorzej (i wiem, co mówię). Panie były prze-zaskoczone, chyba nie przywykły, a jedna nawet mnie uściskała serdecznie na do widzenia i pomachała. Bardzo miłe.
Z lasu wywiozły mnie Katarzyna i Majeczka, urozmaicając wycieczkę o prawdziwe jedzenie, czyli obiad w knajpie, za co jestem im niezmiernie wdzięczna, bo choć cała jestem zmemłana tym przymusowym odpoczynkiem w szpitalu, to doceniam i było mi z nimi cudownie.
A teraz powrót do życia, który mnie cieszy, choć cieszy mnie też, że będzie łagodniejszy, bo tylko 2 dni i długi weekend.
Stay tuned
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz